Wojciech Stankiewicz – wspomnienie

Date:

Share post:

WSPOMNIENIA

Jacek Fedorowicz

/

Wojtek Stankiewicz był moim najlepszym przyjacielem. I z najdłuższym stażem. Poznaliśmy się podczas egzaminu wstępnego do gimnazjum we wrześniu 1949. Było to II Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcące w Gdyni. Wojtek miał wtedy 13 lat, ja nieco mniej i nawiązująca się od tego momentu przyjaźń przetrwała lat siedemdziesiąt. Aż trudno uwierzyć. Przetrwała, mimo, że i zawodowo poszliśmy w zupełnie różnych kierunkach i korzenie rodzinne zapuściliśmy w różnych miastach. Było w Wojtku coś, co zawsze mnie przyciągało, intrygowało, a nierzadko budziło podziw.

Rok 1949 to był straszny rok. Po czterech latach złudzeń, że może jednak będziemy normalnym krajem, mimo, że w orbicie ZSRR, nastąpiły sfałszowane wybory, kongres zjednoczeniowy PPS i PPR, po którym powstała PZPR i Polskę ogarnął stalinowski terror. Już pod żadnym pozorem nie było wolno powiedzieć głośno, co się myśli. W szkole rzecz jasna też.

Wojtek był – nie waham się powiedzieć – wybitnie inteligentny i już jako trzynastolatek dawał się jako taki rozpoznać, nie pozostawiając „śladów zbrodni”. Potrafił tak wtrącić jakąś uwagę, zadać pozornie niewinne pytanie, że uważnemu słuchaczowi – a byłem takim, bo usilnie starałem się znaleźć wśród nowych kolegów w klasie bratnią duszę – od razu nasuwała się refleksja, że ten chłopak po prostu kpi z oficjalnej propagandy gazetowej, czy też niektórych prawd głoszonych przez właśnie wydany nowy podręcznik do nauki historii. Zwąchaliśmy się z Wojtkiem dość szybko.

Miał za sobą solidne domowe wychowanie patriotyczne, chyba typowe dla ówczesnego mieszczaństwa zwanego potocznie inteligencją, pamiętam, że zdradził mi kiedyś w tajemnicy, że jego mama przerabia z nim w domu trzecią część „Dziadów”, wykreśloną z programu szkolnego. Nie wolno było na początku lat 50. omawiać tej szkodliwej części, bo choć występowała w niej jako nasz oprawca carska Rosja, to jednak lojalność, miłość i czołobitność wobec Związku Radzieckiego była tak wielka, że obejmowała także i Rosję sprzed rewolucji.

Przechodziliśmy kiedyś pod ponurym, klocowatym pomnikiem na cześć Armii Radzieckiej na Skwerze Kościuszki. Przedstawiał żołnierkę z karabinem, robił wrażenie przygnębiające, przytłaczał. Wojtek wyczuł nastrój i dramatycznym szeptem powiedział: „Uważaj! Ona patrzy czy odrobiłeś lekcje!”.

Zwąchanie się takich, co są przeciw, miało znaczenie w tamtych czasach fundamentalne. Od tego wszystko musiało się zacząć, bo po przyjacielu człowiek chciał się spodziewać przede wszystkim lojalności, mieć pewność, że nie doniesie. To było niesłychanie ważne w tamtych czasach, gdy stawiano wierność partii ponad lojalnością nie tylko międzyludzką, ale nawet rodzinną – tu przypomnę obowiązkową wówczas lekturę szkolną o chłopcu imieniem Pawka Korczagin, który był taki dzielny, że doniósł do NKWD na własnego ojca.

Czy Wojtek miałby takie poglądy, jakie miał, gdyby nie odebrał odpowiedniego wychowania w rodzinie pp. Stankiewiczów? Miałby może, bo wśród rozlicznych przymiotów wewnętrznych Wojtka na pierwsze miejsce wybijał się krytycyzm. Wojtek po prostu myślał, niczego nie przyjmował na wiarę. Oszukać go nie było łatwo, bo dużo wiedział, „ponad wiek” – jak to się zwykle mówi, uczył się błyskawicznie i to wszystkiego. Nie wykazywał w szkole zdolności tylko w jednym kierunku, pisał znakomite wypracowania na polskim, a jednocześnie nie miał żadnych kłopotów z budzącą powszechną grozę matematyką.

Był bardzo dowcipny, co nie przejawiało się bynajmniej w opowiadaniu obiegowych kawałów, nie, za to zawsze można było się po nim spodziewać osobistej refleksji podbitej jakąś złośliwostką czy ironicznego komentarza zbudowanego na wnikliwej obserwacji.

Tęsknił za Zachodem. Podobnie jak większość z nas, mieszkających w Gdyni i obserwujących najpierw wyrwę, a potem coraz bardziej pogłębiającą się przepaść między rozwijającym się światem zachodnim – w portowym mieście kontakty nie mogły zostać wyeliminowane do końca – a naszą „socjalistyczną rzeczywistością”, która coraz bardziej bliższa była zwijaniu się, niż rozwojowi. Wojtek chłonął zakazaną muzykę zachodnią, radio Stuttgart dla żołnierzy amerykańskich w Niemczech, radio Luxemburg, słuchał jazzu, a kiedy pojechał kiedyś na Śląsk, to najsilniejszym wrażeniem z wycieczki okazała się główna ulica Katowic: „Tyle neonów! Jak na Zachodzie!”. Podobne opowieści snuł po wycieczce do Pragi Czeskiej, szczegółowo relacjonował wizytę w tamtejszym nocnym klubie, innym razem namówił mnie na podróż do Poznania, żebyśmy obejrzeli, co świat wystawia na Targach Poznańskich. Tęsknota za konsumeryzmem? Możecie się, Wy młodsi, wyśmiewać z nas, owładniętych w tamtych czasach marzeniem, żeby choć raz spróbować łyk Coca Coli, albo zdobyć gdzieś długopis z czarnym wkładem zamiast niebieskiego, ale powiem Wam, że kto nie przeżył na własnej skórze socjalistycznej izolacji od świata cywilizowanego, ten nie zrozumie, ile w tej tęsknocie za zachodnim blichtrem było tęsknoty po prostu za światem normalnym, czyli wolnym, demokratycznym i praworządnym.

Do matury w 1953, Wojtkowi, podobnie jak jego rówieśnikom, niedane było popisać się jakąś zbiorową pożyteczną aktywnością. Twarde zasady stalinizmu nie pozwalały na jakąkolwiek działalność nieinspirowaną „odgórnie”. Stało się to możliwe dopiero w roku następnym, gdy stalinizm zaczął się powolutku, ledwo dostrzegalnie kruszyć, z czego sprytnie skorzystała młodzież najpierw w Warszawie, potem Gdańsku, tworząc pierwsze studenckie teatry satyryczne. Z tym, że Wojtek zaczął trochę wcześniej.

W 1953 zdał na medycynę, jako pierwszoroczniakowi zlecono mu „pracę społeczną” w charakterze redaktora naczelnego pisma „Medyk Gdański”, które Wojtek od razu postanowił zrewolucjonizować, to znaczy sprawić, żeby z nudnego, nieczytanego stało się czytane i atrakcyjne. Założenie w tamtych czasach dość ryzykowne, ale udało się. Sukces stał się niedługo potem dobrą rekomendacją do grupy redagującej nowy dwutygodnik studentów Wybrzeża p.t. „Uwaga”, w którym Wojtek świetnie się sprawiał jako redaktor, specjalista od felietonów problemowych, a ponieważ tego mu było mało, przystąpił też do nowopowstałego Teatru „Bim-Bom”.

Dla nas obu, a także dla potężnej grupy ludzi o znanych potem nazwiskach, jak Zbigniew Cybulski, Bogumił Kobiela, Wowo Bielicki, Jerzy Afanasjew, Sławomir Mrożek, Tadeusz Chyła i inni, teatr „Bim-Bom” był i pozostanie już do końca najwspanialszą przygodą lat młodzieńczych. Pierwsze przedstawienia z publicznością (niby próby generalne) odbyły się w grudniu 1954 i były szokiem dla obu stron. Dla publiczności, że można pokazywać na scenie coś tak nie socrealistycznego, obrazoburczego i wręcz zabronionego dotychczas, dla nas zaś, że spektakl przyjmowany jest z takim aplauzem. To był jeden wielki szał i początek przyszłych sukcesów, które trwały nieprzerwanie przez trzy lata. Wojtek, w drugim programie, który był przygotowany rok później, dosłużył się wykonywania przed kurtyną monologu pióra samego Mrożka i robił to bardzo dobrze (Ciekawostka: tu Cybulski obsadził do grania na zmianę dwóch przyszłych psychiatrów; zmiennikiem dr Wojciecha Stankiewicza był dr Edward Krzemiński). Wojtek równie dobrze wypadał w scenkach tanecznych, bo miał poczucie rytmu, a za sobą dodatkowo naukę gry na fortepianie. To zresztą było powodem sporego wstydu, który odnotuję, by przerwać pasmo chwalenia, wstydu, który zawiniłem ja, zapraszając Wojtka w charakterze akompaniatora do indywidualnego występu na jakiejś akademii. Miałem w repertuarze parodie piosenek śpiewanych z manierą „angielskojęzyczną”, niestety natura poskąpiła mi muzycznych talentów Wojtka. Po przygrywce, od pierwszych słów, kiedy to nie trafiłem we właściwą tonację, aż do końca piosenki trwała walka walącego w klawisze Wojtka (żeby głuchy wreszcie usłyszał!), ze mną wydającym nie te dźwięki, co trzeba.

Fortepian, scena, gazeta. Wszechstronność była u Wojtka – jak myślę – czymś w rodzaju wewnętrznego nakazu. Wynikiem licznych i czasem bardzo różnych zainteresowań. Nie mogłem go obserwować w jego życiu zawodowym, ale wiedząc, że praktykę zdobywa na różne sposoby, a to podczas służbowego pobytu w Leicester w Anglii, a to zaciągnąwszy się w charakterze lekarza okrętowego na dalekich rejsach (do Japonii!), miałem zawsze ogromne zaufanie do jego medycznych umiejętności, że tak to niefachowo nazwę, ogólnych i to, co mi poradził zawsze uważałem za święte.

Niepoślednią rolę w życiu Wojtka grały kobiety. W otoczeniu najbliższym – zawsze głównie one. Ojciec, wzięty lekarz, nie mógł poświęcać synowi wiele czasu, czyniła to matka, obok była też młodsza o dwa lata siostra, potem – co tu ukrywać – różne piękne panie, bo Wojtek miał u nich powodzenie wprost niebywałe, wreszcie dwie żony i tyleż udanych córek.

Wy, ludzie epoki maili i esemesów, z niedowierzaniem zapewne przyjmiecie informację, że wymieniliśmy z Wojtkiem setki listów. Takich na papierze, długich, solennych, wysyłanych w kopercie ze znaczkiem. Wynikało to z naturalnej potrzeby kontaktu w różnych okresach, gdy rozdzielała nas praca, edukacja, zameldowanie, czy wojaże zagraniczne w końcu. A raz zdarzył mi się kontakt per procura, zdarzenie drobniutkie, ale dające mi chwilę satysfakcji, którą pamiętam do dziś. Było to trzydzieści parę lat temu. Wybrałem się w Tatry na długą przechadzkę. Dołączyła do mnie turystka, która koniecznie chciała z kimś pogadać idąc. Ale nie o byle czym. Jeden temat ją interesował, widać było, że bardzo chce mi się zwierzyć (nieznajomemu łatwiej) z doznań emocjonalnych przebytych niedawno. Była pod wrażeniem zajęć, w których uczestniczyła jako członkini grupy terapeutycznej. Z różnych określeń fachowych utkwiła mi w głowie arteterapia. Mówiła dużo o arteterapii, a jeszcze więcej o lekarzu, który te zajęcia prowadził. Im więcej mówiła, tym silniejsze było moje wrażenie, że tego lekarza znam i że to chyba… „Stankiewicz?” – spytałem. „Tak!” – wykrzyknęła i popatrzyła na mnie ze zdumieniem. – „Skąd pan wie?” Zrobiło mi się niezwykle miło, że Wojtek doczekał się takiej entuzjastycznej recenzji, miałem też ogromną frajdę, mogąc powiedzieć z dumą „To mój najlepszy przyjaciel”.

/

CZYTAJ RÓWNIEŻ

ZAMÓW PRENUMERATĘ

spot_img

OSTATNIO DODANE

Relacja z konferencji „Nowe standardy leczenia w psychiatrii”

Zobacz krótki film oraz fotorelację z konferencji "Nowe standardy leczenia w psychiatrii" zorganizowanej przez Centrum Terapii Dialog, której...

Rezolucja I Konferencji Polskiego Towarzystwa Psychiatrii Środowiskowej „Jakiej psychiatrii potrzebujemy?”

Jako uczestnicy I Konferencji Polskiego Towarzystwa Psychiatrii Środowiskowej jesteśmy przekonani, że podstawą planowania i wprowadzania działań związanych z...

Jakiej psychiatrii potrzebujemy?

I Konferencja Polskiego Towarzystwa Psychiatrii Środowiskowej (PTPŚ) Artur Kochański W dniach 9 i 10 września 2022 roku odbyła się w...

Znaczenie radości w psychoterapii

Ryszard Praszkier | Uniwersytet Warszawski, Instytut Studiów Społecznych, emeritus I Konferencja Polskiego Towarzystwa Psychiatrii Środowiskowej (9-10 września 2022) poświęciła jedno...