PRZEMYŚLENIA ZESTRESOWANEGO PSYCHIATRY

Ireneusz Cedeński

Koledze Waldkowi Zielnikowi dedykuję ten tekst.

Na staroświecki sposób rozumiem słowo „pasja”, które ostatnio niepostrzeżenie zastąpiło poczciwe słówko „hobby”. Słyszę i czytam, że na przykład młodzi lekarze nie chcą się przepracowywać, ponieważ chcą mieć czas na realizację swoich pasji. Dawniej, wcale nie tak dawno temu, pasją lekarza była jego praca. Jeśli jeszcze miał poza nią jakieś hobby, to był szczęściarzem. Teraz się to wywróciło do góry nogami. 

Żeglarstwo nie jest moją pasją. Pasją w moim archaicznym rozumieniu to ono jest na przykład dla naszych olimpijskich medalistek w kasie „470”. Tacy ludzie ćwiczą kilka godzin dziennie przez większość miesięcy w roku, ich praca w istocie mało różni się od mozołu łyżwiarzy i gimnastyków, których popisy na igrzyskach wyglądają potem lekko i swobodnie.

Żeglarstwo to moje hobby. Jako żeglarz jestem skończonym dyletantem. W wieku, w którym niejeden rozstaje się już powoli z aktywnością ruchową na świeżym powietrzu, kupiłem sobie dwuosobową sportową żaglówkę made in England. Moje lekarstwo na kryzys wieku średniego. W naszym lądowym kraju to zupełne dziwactwo. Latem w czasie wolnym, przy sprzyjających okolicznościach, żegluję nią od lat po różnych akwenach, z roku na rok większych. Gdy zaczynałem swoją przygodę z tą łódką, widok odległego o kilkaset metrów przeciwległego brzegu jeziora wywoływał we mnie przypływ adrenaliny, gdy schodziłem z nią do wody. Jednak z czasem oswoiłem się z tym jeziorem i trochę zaczęło brakować mi tego dreszczyku. Więc znalazłem jezioro większe, a od paru lat, z czystej wygody żegluję latem po Zatoce Puckiej. Wiatru i przestrzeni tam pod dostatkiem. A i fala niemała, więc w ciepłe dni można liczyć na prysznic i nie przegrzać się.

To było nasze bodaj czwarte wypłynięcie w tym sezonie. W czasie pierwszego walczyliśmy z synem-załogantem na trapezie o to, by utrzymać się na łódce na dużej fali. W czasie drugiego wiatr był silniejszy, więc walczyliśmy dodatkowo o to, by utrzymać łódkę masztem do góry. W czasie trzeciego poczuliśmy się już nieco opływani, przecież przez wiele godzin utrzymaliśmy się na fali i wietrze masztem do góry i potrafiliśmy popłynąć tam i z powrotem. Więc za czwartym razem, na kursie z wiatrem, postawiliśmy dodatkowy żagiel – genaker. Stosując żargon jeździecki, choć nigdy konno nie jeździłem, mogę żeglugę tę opisać jak przejście z jazdy łagodnym kłusem w cwał. Szarpnięcie, dziób łodzi uniósł się wysoko, wynurzył się z wody, z obu stron wysokie odkosy spienionej wody i nasz taniec na nierównej fali. Jazda jak cichą motorówką. Ale napęd u góry, nie w wodzie… hipnotyczna, transowa żegluga… (dla tych, którzy trochę zaczęli się martwić – wiatr wiał od Helu do Pucka, a my z nim). Zwrot z wiatrem… no i stało się. Zbyt duży przechył. Burtą wlewa się obficie woda. Żagle w wodzie. Wywrotka! (Nie będę szczegółowo omawiał jej przyczyn, ogólnie rzecz biorąc były to niedostatki wyszkolenia żeglarskiego w żegludze na dużej fali przy silnym wietrze, słabe zgranie załogi).

Gdy znajdujesz się w rozkołysanej wodzie, z której wystaje ci tylko głowa, leżący na boku kadłub małej łódki ze sterczącym z dna lekko do góry mieczem wydaje się wielki jak transatlantyk. A odległy o parę kilometrów brzeg jest nieosiągalny. Trzeba błyskawicznie uczepić się miecza i ciągnąć go całym ciężarem swego ciała w dół, by podnosić pogrążony w wodzie maszt z żaglami. Syn już to zrobił. Wisi na nim zaczepiony wszystkimi czterema kończynami jak leniwiec na gałęzi. Ale z genakerem zanurzonym w wodzie jak ogromny ciężki czerpak to nie wystarczy. Trzeba go zrzucić w dół, by maszt mógł się podnieść.

Żeby tylko serce mi wytrzymało, bo stres ogromny… w tym momencie widzę nad sobą faceta na skuterze wodnym. Pyta czy nie trzeba asekurować. Trzeba, rzucam krótko, bo źle to wygląda. Od razu mi ulżyło, świat znów nabrał normalnych kolorów. Tym razem ja uwiesiłem się na mieczu, jestem cięższy, a syn popłynął do kokpitu, by luzować linkę w jego dnie. Jeśli się nie pospieszymy, łódka powoli, ale nieubłaganie odwróci się dnem do góry i stworzy się wtedy bardzo stabilny układ. Tak jak miska odwrócona do góry dnem jest znacznie bardziej niewywracalna, niż stojąca prawidłowo, tak sportowa żaglówka jest stabilna dopiero w tej konfiguracji. Może tak dryfować w nieskończoność. Dwadzieścia metrów kwadratowych mokrego płótna pod powierzchnią wody działa jak gigantyczny dodatkowy stabilizator. Aby to w ogóle jakoś poruszyć, trzeba, aby załoga ciągnęła w bok za miecz na zasadzie: babka za dziadka dziadek za rzepkę, oj przydałby się ktoś na przyczepkę… To może trwać bardzo długo, szczególnie, gdy maszt zaczepi o dno lub podwodną roślinność… No i poszło to jakoś z powrotem, na raty, opornie, ale znów jesteśmy w łódce masztem do góry.

Powracaliśmy kursem na wiatr z uczuciem zadowolenia i ulgi, ale też z niepokojem, który narastał w miarę, gdy zbliżaliśmy się do brzegu. W kieszonce kamizelki miałem telefon i kluczyk od samochodu. Opakowanie, które miało chronić je przed dostępem wody okazało się nie do końca szczelne i rzeczy te trochę zamokły. Żeby tylko udało się otworzyć auto! Był w nim drugi telefon. Jeśli uda się nam uruchomić samochód, to bilans całej wyprawy uznam za pozytywny. Mój telefon był już stary i zaczynało to być po nim widoczne.

Na lądzie okazało się, że pilot od auta nie działa, ale udało się je otworzyć kluczykiem. Ba, nawet silnik zadziałał! Telefon zaś nie dawał znaków życia. Pogodziłem się z tą stratą. Po całej niebezpiecznej przygodzie pozostał mi jeden niezbyt duży siniec i ten martwy telefon. Miałem w nim wprawdzie zapisane numery telefonów różnych bliższych i dalszych znajomych, byłych współpracowników, krewnych. Ale szczerze mówiąc, z ogromną większością z nich od dawna nie utrzymywałem kontaktu… Może trzeba na to spojrzeć jak na początek nowego etapu życia. Odciąć się od sentymentów. Choć przydałby mi się numer znajomego hydraulika, którego miałem poprosić o wizytę w kuchni po urlopie…

Pilot od auta został rozłożony na czynniki pierwsze. W jego wnętrzu dostrzegłem drobne kropelki wody. Suszyłem je suszarką do włosów, ale nie pomogło. Po paru dniach, gdy go odruchowo użyłem, okazało się, że znów działa! I działa nadal.

Ale z telefonem było gorzej. Idąc za radą przyjaciół wyjąłem z niego baterię i włożyłem go do pojemnika z suchym ryżem. Po dwóch dniach wygrzebałem go spośród ziarenek. Po włożeniu baterii zaczął cały drżeć, buczeć, a na ekranie pojawiły się drobne rozbłyski, jak gwiazdy na nocnym niebie. Śmierć ulubionego telefonu potrafi być teatralna, poruszająca… Wrzuciłem go do tego ryżu wyjąwszy baterię, by go nie katować w agonii. Wyjąłem po tygodniu, gdy skończyłem urlop, a łączność telefoniczna znów stała się koniecznością. Po włączeniu już nie buczał i nie błyskał… a po paru długich chwilach pokazał się znajomy obrazek na ekranie! Tyle, że nieruchomy, zupełnie nie interaktywny…

Kupiłem sobie nowy smartfon, wodoszczelny, wszystkomający.

O starym przypomniałem sobie po upływie następnego tygodnia, gdy potrzeba wizyty hydraulika stała się pilna (tak, numery miałem zapisane w telefonie, nie na karcie).

Znów wygrzebałem go z tego ryżu. Trzeba go stamtąd zabrać, bo niechcący można kiedyś zjeść zupę pomidorową z ryżem i telefonem… Zadziałał! Po dwóch tygodniach! Cudownie przewija i reaguje na drobne puknięcia. Wróciły wszystkie funkcje. I budzi mnie co rano tym samym sygnałem co zawsze! Z przyjemnością przeglądam spis numerów. Nie zawracam głowy znajomym, krewnym. Ale gdybym kogoś z nich potrzebował, wystarczy kliknąć.

Zdobyliśmy nowe umiejętności – stawiania łodzi po wywrotce z genakerem. Odpowiedzialni żeglarze powinni sobie poradzić z postawieniem wywracalnej łodzi sami. My sobie z tym poradziliśmy.

Odpowiedzialni żeglarze nie powinni wypływać na szerokie wody kiepskim sprzętem. Nasza łódź nie odniosła najmniejszego uszczerbku, a nasze piankowe kombinezony uchroniły nas przed wstrząsem termicznym w upalny dzień. Nie wspominając o kamizelkach wypornościowych, bez których nawet dobry pływak będzie miał problem z wyciągnięciem jednocześnie obu rąk z wody wysoko do góry. 

Ale obecność człowieka gotowego nam pomóc w razie porażki była kluczowa, żeby przeżyć to jako przygodę, a nie horror.

Widziałem, że w pobliżu żeglowała powoli cięższa szkoleniowa łódź. Jestem pewien, że oni także podpłynęliby do nas w razie potrzeby. Wolę tak myśleć.

Gdy przychodzi kryzys, potrzebne jest zdecydowanie i szybki refleks. Ale żeby się z kryzysem do końca uporać, potrzeba cierpliwości i trudnego optymizmu.

Nie dziwi mnie, że w języku angielskim stawianie łódki na wodzie po wywrotce i powrót do zdrowia określane jest jednym i tym samym słowem.