CICER CUM CAULE

Henryk Axer

To, że szerszy system polityczny wywiera wpływ na stosunki międzyludzkie w zakładach pracy, nie jest żadnym odkryciem. Za czasów Polski Ludowej, byliśmy przez rządzących traktowani jak nieposłuszne dzieci, które trzeba było trzymać w ryzach, strachem lub przekupstwem. Dialog z obywatelem nie należał do repertuaru środków, z którego władza chciała korzystać. Zamiast tego mieliśmy do czynienia z rozmaitymi pseudodemokratycznymi maskaradami, jak na przykład upozorowane obrady sejmowe, wyreżyserowane wiece robotnicze lub marionetkowe posiedzenia Frontu Jedności Narodu.

Te formy życia publicznego przenikały również do zakładów psychiatrycznych. W oddziale siódmym Szpitala Nowowiejskiego, zespól pod kierunkiem prof. Bizonia i dr Żmudzkiego próbował w latach 70. wprowadzić demokratyczne zasady społeczności terapeutycznej. Jej formą podstawową były codzienne zebrania personelu i pacjentów, w toku których miały zapadać wszystkie ważne decyzje dotyczące funkcjonowania oddziału. Należy zaznaczyć, że w tych czasach, jak przystało na ludzi obłożnie chorych, pacjenci nosili piżamy także w ciągu dnia. Informacje dotyczące leczenia były celowo zdawkowe, aby uniknąć niepokojenia pacjentów, a posłuszeństwo wobec autorytetu lekarza traktowano jako oznakę zdrowienia. Eksperyment z demokratyczną społecznością terapeutyczną był w tych warunkach niezwykle śmiały i zakończył się jedynie połowicznym sukcesem. Pacjentom zezwolono na noszenie „cywilnych” ubrań. Z demokracją było gorzej. Personel stworzył wprawdzie starannie dobrany samorząd pacjentów, ale w praktyce kierował zebraniami społeczności według zaplanowanego wcześniej, własnego scenariusza. Dominowało przekonanie, że bez tego pacjenci nie są zdolni do prowadzenia konstruktywnego dialogu i podejmowania racjonalnych decyzji. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że ta sytuacja niewiele różniła się od reguł ówczesnego życia publicznego, w którym obowiązywał ideologiczny dogmat o „kierowniczej roli partii” mającej uświadamiać społeczeństwu, co jest dla niego dobre.

Po wielu latach spędzonych w Ameryce, ostatnie doświadczenia zawodowe uprzytomniły mi na nowo, jak bardzo reguły życia publicznego wywierają wpływ na naszą pracę. W czerwcu 2020 roku otrzymałem posadę w dużej organizacji ochrony zdrowia psychicznego w Portland. W tym samym czasie w całym kraju na niespotykaną skalę nasiliły się masowe protesty przeciwko dyskryminacji rasowej. Stało się to wkrótce po zabójstwie czarnoskórego mężczyzny w Minneapolis przez białego policjanta, który klęczał całym ciałem na szyi ofiary przez ponad dziewięć minut, na oczach przerażonych tą sceną bezradnych gapiów. W moim mieście, protesty przeciwko powtarzającymi się często incydentom brutalności, a nawet, jak w tym ostatnim przypadku, bestialstwa wobec ludności murzyńskiej, wyrażały się początkowo w dobrze zorganizowanych codziennych demonstracjach ulicznych. Niebawem te pokojowe protesty zamieniły się w trwające miesiącami walki uliczne z policją, podpalenia budynków państwowych, demolowanie sklepów i nawet kościoła w centrum miasta, znanego z dobroczynnych akcji dożywiania osób bezdomnych. Portland, przez jednych uwielbione, przez innych wyśmiewane z powodu liberalizmu bez granic, niespodziewanie zamieniło się w miasto-symbol anarchii i bezprawia.

Zanim doszło do tej eskalacji, mój nowy pracodawca, który powodzenie w budowie potężnej organizacji w niemałym stopniu zawdzięczał powiązaniom politycznym z liberalną elitą miasta, postanowił zademonstrować potępienie rasizmu w sposób zdecydowany, żeby nie powiedzieć – ostentacyjny. Dyrekcja zwołała kierowników wszystkich szczebli na obowiązkowe zebranie internetowe. Uczestnicy, jeden po drugim, w podobnych słowach i z podobnym nasileniem emocji, składali oświadczenia potępiające rasizm i wyrażali poparcie dla demonstrantów. Większość zebranych złożyła również pewnego rodzaju publiczną samokrytykę, mówiąc, że do tej pory nie dość aktywnie działali w obronie czarnoskórych obywateli naszego stanu. Na ich usprawiedliwienie należy powiedzieć, że byłoby to trudne, gdyż ludność murzyńska stanowi bardzo znikomy procent mieszkańców Oregonu. Po zakończeniu publicznej samokrytyki, przyszła kolej na najwyższe władze organizacji. Naczelna instruktorka do spraw „równouprawnienia i integracji” grup mniejszościowych podała spis zalecanych lektur w celu pogłębienia antyrasistowskiej świadomości kadry kierowniczej. Po tym polecano nam udzielać aktywnego poparcia wszystkim pracownikom biorącym udział w protestach ulicznych i zachęcać ich do prezentowania antyrasistowskich postaw i symboli w rozmowach z pacjentami. W tym momencie zapytałem naiwnie, czy to oznacza zawieszanie obowiązującej dotąd w naszej działalności zasady, aby wystrzegać się informowania pacjentów o prywatnych opiniach w sprawach światopoglądowych. Na to otrzymałam karcącą odpowiedź, że to nie są sprawy prywatne, tylko publiczne, i że prowadzenie antyrasistowskiej edukacji jest naszym etycznym oraz obywatelskim obowiązkiem.

Kolejna instrukcja nakazywała wszystkim pracownikom natychmiastowe korygowanie pacjentów, kiedy tylko usłyszymy wypowiedź zawierającą epitet rasowy. To z kolei oznaczało, że przestała obowiązywać reguła, zgodnie z którą personel powinien unikać konfrontacji z pacjentami znajdującymi się w stanie silnego pobudzenia. Jako dyrektor kliniczny uznałem, że mam obowiązek wyrazić obawę, że w ten sposób narażamy personel na niepotrzebne zagrożenie i zasugerowałem, że taką rozmowę lepiej odłożyć na później, kiedy pacjent jest spokojny. Zapanowało głuche milczenie. Zdałem sobie sprawę, że jeżeli raz jeszcze odezwę się w podobny sposób, zostanę uznany za rasistę. Jak na potwierdzanie, w tym momencie dostałem SMS od mojej przełożonej, która poprosiła, żebym przestał publicznie narażać się dyrekcji. Zapewniła mnie, że będziemy robić tak jak mówię, tyle, że po cichu. Do końca zebrania siedziałem więc w milczeniu. Potem jeszcze dowiedzieliśmy się, że wszelkie epitety dotyczące rasy i płci, w odróżnieniu od innych wulgaryzmów, muszą być dokumentowane przez personel jako „mowa nienawiści” nawet jeśli pacjent mówi do siebie w odpowiedzi na halucynacje słuchowe. Na sam koniec, poinformowano nas, że odtąd wszyscy kandydaci na stanowiska kierownicze w naszej organizacji będą musieli wykazać się właściwymi postawami w sprawie równości i integracji pracowników należących do mniejszości rasowych i seksualnych.

Kiedy powoli ochłonąłem po zakończeniu mojego pierwszego internetowego kontaktu z dyrekcją, wyobraziłem sobie, że tak mogło wyglądać zebranie zakładowej organizacji partyjnej w Polsce Ludowej. Sprawy były inne, ale ton rządzących i oportunizm rządzonych zapewne podobne. Tymczasem mam trochę spokoju. Dopiero jesienią czeka mnie obowiązkowe szkolenie, które ma wykorzenić u mnie „nieświadome” uprzedzenia rasowe. O tych szkoleniach prowadzonych w wielu zakładach pracy, szczególnie często w instytucjach medycznych, wiadomo z badan empirycznych, że nie przyczyniają się do zmiany rzeczywistych zachowań, ale za to nagradzają oportunizm jednych i nasilają sprzeciw innych wobec pomówienia o rasizm. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jako biały mężczyzna na stanowisku, za parę miesięcy sam zostanę zdemaskowany jako rasista.

Nigdy nie spodziewałem się, że w moim wieku tak bardzo będę tęsknił za powrotem do Polski. Jeśli nie ma wyjścia i trzeba żyć w świecie coraz bardziej autorytarnym, to już lepiej u siebie niż na drugim końcu świata, w kraju niegdyś pielęgnującym wolność słowa jako dobro najwyższe, a dzisiaj skłaniającym obywateli do powtarzania publicznie tych samych sloganów i do traktowania oczywistych absurdów jako normy.