KINO

Stefan Laudyn

Zeszłorocznej (2020) edycji Festiwalu w Cannes w zasadzie nie było. To znaczy targi, czyli Marché du Film, odbyły się online. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że to nie to samo, co prawdziwe targi, czyli spotkania z ludźmi, na żywo, w sprzyjających okolicznościach przyrodniczo-gastronomicznych. Sam Festiwal ograniczył się do ogłoszenia programu — kilkudziesięciu filmom przyznano etykietę „Cannes 2020”. Następnie fragmenty canneńskiego programu powędrowały w świat. I tyle.

Potem zaczęło się wielkie czekanie. Jesienią 2020 nastała ogromna fala zachorowań, która przewaliła się przez świat. W pewnym momencie Polska nawet wysunęła się na czoło, by po chwili oddać palmę pierwszeństwa Indiom. W tym czasie koncerny farmaceutyczne intensywnie pracowały nad szczepionką, która w Polsce pojawiła się w grudniu.

Cannes ogłosiło daty tegorocznej (2021), 74. edycji, która miała odbyć się w maju. W okolicach marca poinformowano, że to jednak nie będzie maj, ale nowe daty nie zostały podane. Jak zwykle w takich sytuacjach pojawiły się spekulacje. Kalendarz festiwalowy jest znany wszystkim zainteresowanym. W lutym jest Berlinale, w maju Cannes, a na początku września Wenecja. Inni muszą się dostosować, bo nikt nie chce organizować festiwalu w tym samym czasie, co Wielka Trójka. A ta z kolei musi zachować odstępy czasowe.

Może czerwiec?, lipiec?, październik?, a może listopad? Wrzesień raczej odpada, bo Wenecja, a do tego Toronto, czyli największy festiwal w Ameryce. Ci, którzy znają dobrze dyrektora Cannes Thierry’ego Fremaux, wiedzieli, że październik też odpada, bo Thierry organizuje w październiku w Lyonie festiwal Lumiere. No i Thierry pochodzi z Lyonu, więc nie strzeli sobie samobója.

Napięcie rosło. W końcu ogłosili, że lipiec, a dokładnie 6-17 lipca. Nazajutrz mieliśmy już kupione bilety na samolot Warszawa-Nicea (najbliższe Cannes lotnisko dla samolotów rejsowych) na poniedziałek 5 lipca. Mieszkanie czekało od dwóch lat, zarezerwowane i zaliczkowane jeszcze w roku 2019.

Kilka tygodni przed wyjazdem zajmuje mi umawianie spotkań. Zwykle każde z nich trwa ok. 15-20 minut. Umawiam je co pół godziny, bo trzeba doliczyć parę minut na dojście. Zaczynam o 9 rano od dłuższego, godzinnego spotkania, połączonego ze śniadaniem. A potem: 10:00 – spotkanie, 10:30 – spotkanie, 11:00 – spotkanie, 11:30 – spotkanie, 12:00 – spotkanie, 12:30 – spotkanie, 13:00 – obiad, a potem pokazy filmów (festiwalowe i targowe), bankiety, życie towarzyskie.

Poniżej kilka drobnych epizodów z mojego tegorocznego canneńskiego życia.

5 lipca

Do pakowania doszedł dodatkowy element — paszport covidowy. Mam go na wszelki wypadek w formie aplikacji w telefonie oraz w formie wydruku — po przycięciu i złożeniu mieści się w zwykłym paszporcie.

Samolot LOT-u do Nicei jest pełny. Na pokładzie dostajemy do wypełnienia po dwie kartki francuskich formularzy, wydrukowanych na drogim papierze, ale po wylądowaniu nikt o nie nie pyta.

Festiwal i targi zaczynają się jutro, ale pierwsze spotkania odbędę już dziś. Mam dobrą wiadomość dla reżyserki z Nowej Zelandii — zapraszamy jej film krótkometrażowy do konkursu w Warszawie. Mogłem jej to napisać w mailu, ale wolę powiedzieć osobiście. Ucieszyła się. Jej podróż do Francji trwała dwie doby. Po przylocie musiała odbyć 10-dniową kwarantannę, a potem przez cały pobyt co drugi dzień robić testy covidowe. Ale jest w Cannes i jest z tego powodu szczęśliwa. Ja też.

6 lipca

Pierwsza wizyta na otwartych właśnie targach filmowych, czyli Marche du Film. Przy wejściu są sprawdzane certyfikaty covidowe. Mówi się, że Cannes wymyślili Amerykanie, żeby tutaj sprzedawać swoje filmy Europejczykom. Ale w tym roku prawie nie ma Amerykanów. Teren targów jest prawie pusty.
Szczególnie depresyjnie wyglądają na targach jednoosobowe kabiny zaprojektowane chyba dla miłośników spotkań na Zoomie.
Co ciekawe, certyfikaty covidowe nie są sprawdzane przy wejściu do festiwalowych kin, gdzie zresztą od końca czerwca nie obowiązuje limit wolnych miejsc.

Jak co roku Pałac Festiwalowy w Cannes jest ozdobiony powiększonym plakatem Festiwalu. Widoczna na nim czapka do baseballu i okulary należą do przewodniczącego tegorocznego Jury, Spike’a Lee.

Pod wieczór, przy lampce wina, odbywa się nieformalne doroczne spotkanie selekcjonerów festiwalowych z całego świata. Przed pandemią przychodziło na nie około dwustu osób. W tym roku jest nas znacznie mniej, ale wszyscy czujemy radość, że znowu możemy się spotkać. Po spotkaniu idę na kolację z kolegą z Białorusi, który sporo się musiał nagimnastykować, żeby przyjechać do Francji. Idziemy do jedynej znanej mi restauracji, gdzie podają pizzę z tatarem. Prosty, acz genialny pomysł: zimny tatar rzucony na gorące ciasto pizzy. Obowiązkowo z czerwonym winem. Teraz czuję, że jestem w Cannes. We Francji mówią, że jest tylko jedna rzecz ważniejsza od obiadu: kolacja.

7 lipca

Śniadanie z przedstawicielką funduszu filmowego z Izraela. W Izraelu jest więcej niż jeden fundusz. Przemyślni Izraelczycy ubezpieczyli się w ten sposób na wypadek, gdyby szef funduszu miał problemy psychiczne, przewidując, że w krajach o jednym głównym funduszu taka sytuacja może oznaczać poważne problemy.

8 lipca

„Le Jardin Secret” jest miejscem wymarzonym na romantyczny wieczór. Jej właściciel Max mówi, że lokal powstał w opozycji do szpanerskiego nadmorskiego bulwaru Croisette. „Ogród” w dobie internetu nie jest już tak sekretny jak kiedyś, ale nadal znalezienie go wśród wąskich uliczek wymaga pewnego wysiłku. Idziemy w górę krętą uliczką rue du Suquet, mijając liczne pułapki na turystów, a na wysokości „Bistro du Suquet” skręcamy w prawo w wąską alejkę. „Tajemniczy Ogród” jest zamykany o północy.

Tym razem nie będzie jednak romantycznie, bo niemiecka reżyserka, którą tam spotykam, dzieli się ze mną wiadomościami z Kuby, gdzie protestujący ludzie wychodzą na ulicę. Władze kubańskie odcinają w kraju internet, ale mimo to informacje, zdjęcia i filmy z Kuby jakoś trafiły do mediów społecznościowych. Ponieważ wśród aresztowanych są filmowcy, przekazujemy wiadomości do Międzynarodowej Koalicji Zagrożonych Filmowców (IFCR), organizacji założonej w zeszłym roku przez festiwale w Amsterdamie, Rotterdamie oraz Europejską Akademię Filmową.

9 lipca

Jedno z około stu spotkań, jakie co roku odbywam w Cannes. Tym razem moim rozmówcą jest chorwacka fanka polskiej kultury, a ściślej mówiąc jej drobnego wycinka, którym jest… Miś Uszatek. Nasza profesjonalna wymiana zdań jest ozdobiona fragmentem kołysanki Misia Uszatka. No, słodko jest.

10 lipca

Śniadanie z rosyjską aktorką mieszkającą w Paryżu. Właśnie skończyła zdjęcia w Islandii do swojego pełnometrażowego debiutu reżyserskiego, ale jest w Cannes jako aktorka, grająca w fińskim filmie konkursowym „Przedział nr 6”. Wyreżyserowany przez nią krótki metraż — bo aktorka reżyseruje również filmy — otrzymał nagrodę na festiwalu w Warszawie.
Po południu oglądam „Przedział nr 6” na wielkim ekranie w Pałacu Festiwalowym. Jestem zachwycony.

11 lipca

Kolacja z siostrami, które kiedyś spuściły łomot dyrektorowi narodowego funduszu filmowego. Miejsce akcji to restauracja o nietypowej nazwie “Brouette de Grand Mere” („Taczki Babuni”). Nicolas, właściciel, opowiada o historii miejsca. W latach 70. XX w. na miejscu restauracji (9b rue d’Oran) był warzywniak, do którego towar przywoziła na taczkach uwieczniona w nazwie babcia. Taczki trochę stoją a trochę wiszą na placyku przed lokalem. Są niewielkie. Babcia musiała wykonywać wiele kursów dziennie. Przy wejściu znajduje się napis w kilku językach: „jeśli szukasz jedzenia przemysłowego, to źle trafiłeś”.

„Brouette” serwuje na kolację trzydaniowy zestaw. Najpierw kieliszek szampana, a do niego terrine, czyli rodzaj pasztetu, sucha kiełbasa i ogórki konserwowe. Potem łosoś i kieliszek zimnej wódki, a danie główne jest do wyboru. Polecam przepiórkę. Jeśli komuś mało, może jeszcze spożyć deser i popić go słodkim limoncello.

12 lipca

Kolacja z kolegą z antypodów w „Astoux & Brun”, najlepszej restauracji z owocami morza w Cannes. Kosztuje tyle, co miesiąc obiadów w warszawskim „Pardon, to tu”, ale raz się żyje. Nie ma się co zastanawiać nad menu. W „Astoux & Brun” bierzemy wielką, pokrytą pokruszonym lodem tacę, na której ułożone są ostrygi, langusty, krewetki, małże, itp. Widzę zazdrosne spojrzenia ze stolika obok.

13 lipca

Dinner du Festivals, czyli „kolacja festiwali”. My, uczestnicy, czyli dyrektorzy festiwali, siadamy na wyznaczonych miejscach przy okrągłych stołach. Jest nas razem osiemdziesiąt, a może sto osób. Kwiat światowych festiwali. Kolacja jest od kilku lat stałym punktem programu Cannes. Przy naszym stole siedzą m.in. Thierry Fremaux z Cannes i Carlo Chatrian z Berlinale. Wiem, że w tym roku nie pojawi się w Cannes Alberto Barbera z Wenecji, który niedługo ogłosi program swojego festiwalu. Czuję się trochę, jakbym zajmował jego miejsce.

14 lipca

Pokaz filmu „Women Do Cry”, wyreżyserowany przez Demonic Duo, czyli dwie Bułgarki, Minę i Veselę. Docieram w ostatniej chwili, w momencie kiedy Christian Jeune, druga po Thierry’m osoba w Cannes, wprowadza reżyserki na salę.

Wieczorem party filmu „Women Do Cry” w ogrodzie willi (The Villa) z basenem. Tu też przed wejściem sprawdzane są certyfikaty covidowe. Poznaję Magdę, polską operatorkę, autorkę zdjęć do filmu „The Cow”. Jego reżyserka, Andrea Arnold, była w Cannes w jury, więc film był pokazywany poza konkursem.

15 lipca

Profesor imieniem Hermann z Frankfurtu nad Menem robi wywiad z Miną i Veselą do swojego nowego filmu. Profesor zajmuje się komunikacją. W latach 80. był DJ-em w Berlinie, potem robił kampanie reklamowe wielkich firm. Pracował m.in. z Dennisem Hopperem, a wstęp do książki napisał mu Jego Świątobliwość Dalaj Lama. Dziewczyny są zachwycone profesorem. Po wywiadzie idziemy na przyjęcie na zacumowany w porcie jacht telewizji ARTE, która koprodukowała ich film. Mina i Vesela pozują do zdjęć.

16 lipca

Poranne spotkanie z premierem. Znajomy dyrektor instytutu filmowego z Kosowa zaprasza mnie na spotkanie z premierem swojego kraju, który akurat jest w Cannes. Dyrektor mówi mi, że boi się w obecności premiera mówić o filmach, bo ten na temat kina wie wszystko. W spotkaniu bierze udział kilka osób. Spodziewałem się sytuacji typu „buzia, klapa, rąsia, goździk”, a rozmowa trwa bite półtorej godziny. W pewnym momencie pan premier mówi:
– Trzy najważniejsze osoby w naszym państwie, czyli ja, prezydent i szef parlamentu, jesteśmy kinomanami.
Na to jeden z uczestników rozmowy rzuca:
– A ja chciałbym, żeby w moim kraju chociaż szef instytutu filmowego był kinomanem.

Wczesny obiad, a potem powrót do Polski. W samolocie kolejne formularze, tym razem po polsku, znacznie dłuższe od francuskich. A po przylocie, już na Okęciu, tłok i bałagan.

Koledzy z Cannes wydali milion euro na same testy covidowe. Można było się zbadać bezpłatnie w kilku miejscach — jedno z nich było kilkanaście metrów od mojego miejsca zamieszkania.

Powoli dociera do mnie, że to było fantastyczne Cannes. Piszę do Thierry’ego długiego maila z podziękowaniem. Szybciutko przychodzi odpowiedź. Do zobaczenia za rok.