REZYDENCJA

Anna Szczegielniak

Jak zwykle byłam spóźniona. Nie było to jakieś wielkie zaskoczenie, próba przebicia się przez aglomerację śląską w godzinach popołudniowych wydaje się zadaniem przerastającym absolutnie najtęższe umysły i wiedziałam doskonale, że w poradni, chociaż wszyscy czekają na moje przybycie z utęsknieniem, pierwsi pacjenci pojawią się spóźnieni tak samo, jak ja. To sympatyczna rutyna, która pozwala spojrzeć na czerwoną falę z odrobinę większą przychylnością i nieco ograniczyć bulgocącą pod powierzchnią frustrację.

Porzućcie nadzieję wszyscy, którzy tu wjeżdżacie! Wszyscy, absolutnie wszyscy. Odważni cykliści lawirujący między większymi pojazdami również nie wyglądali na specjalnie zadowolonych, ale to pewnie dlatego, że dobrze oznaczone i zaplanowane drogi rowerowe to nadal jednorożce w polskich miastach. Poza tym, kiedy jesień delikatnie wkrada się do miast, większość mieszkańców aglomeracji najwyraźniej zaczyna korzystać z innego narządu niż płuca, aby oddychać. To musi być szczególny mechanizm przystosowawczy, przekazywany z pokolenia na pokolenie, bo kiedy powietrze zaczyna przypominać swoim składem opary znad Etny, takie górolki jak ja, nabierając oddechu, zaczynają się krztusić i fantazjować na temat ucieczki w Bieszczady. Tymczasem moi sąsiedzi z papierosem w ustach wsiadają na rower i jadą na zakupy, gubiąc się poetycko w oparach tego wszystkiego, czym powietrze być nie powinno…

Sznury aut wydłużały się niemiłosiernie z każdym kolejnym skrzyżowaniem, delikatna mżawka osiadała na szybach aut, kolejne pasy wyłączane były z ruchu z racji niekończących się remontów, a ja w głowie obliczałam, co muszę skreślić ze swojej dzisiejszej „to-do-list”. Minuty mijały, ja żegnałam się z obiadem, ba, żegnałam się nawet ze słodką przekąską, którą miałam zamiar kupić w mijanej cukierni i bez emocji obserwowałam powiadomienia kolejnych wiadomości, które dostawałam przez niezliczone komunikatory. Sama zresztą nie potrafiłabym w tym momencie już tych wszystkich aplikacji wymienić [sic!]. O niektórych przypominam sobie dopiero wtedy, gdy dostaję gniewnego maila z podkreśleniem zaległych obowiązków, nieprzeczytanych wiadomości i dyskusji, w których powinnam zabrać głos, a z niektórymi nie rozstaję się nawet idąc spać, bo przecież na dobranoc trzeba rozesłać znajomym kilka sarkastycznych memów. To już nawet nie są platformy do utrzymywania kontaktu i kreowania obrazów idealnych śniadań, to są narzędzia do nauki, wprowadzania zmian, dzielenia się poglądami i wspierania społecznych inicjatyw. Nie ma Cię tam, więc nie istniejesz. Respondeo ergo sum. Nie jestem zresztą odosobniona w cyfrowych nawykach, co stwierdziłam z satysfakcją rozglądając się delikatnie i podpatrując, co robią moi współtowarzysze zmechanizowanej pielgrzymki do centrum Katowic.

Moje rozważania przerwał jednak koniec świata. Dokładnie taki koniec świata, jaki opisywał w swoim utworze Czesław Miłosz. Innego końca świata nie będzie. Autobus nadal tarasował trasę, dziewczyna w prześlicznym, bordowym płaszczu (gdybym tylko była już na parkingu pod poradnią, zdążyłabym zrobić szybki research w sieci, gdzie go kupiła!) popijała dyniową latte ze znanej sieciówki, chowając się przed kroplami deszczu, Internet hulał w przeglądarkach bez zarzutu, zadowolony goldenretriever tuptał u boku swojego właściciela nie przejmując się jesienną aurą, z głośników rozbrzmiewało „ciągle pada”, a najbardziej znany portal społecznościowy przestał działać. 3 miliardy ludzi na świecie nagle, zupełnie niespodziewanie, musiało wrócić do trudnych, a jakże, interakcji w otaczającej ich rzeczywistości.

Piękna polska jesień to w ostatnich latach okres, w którym warto wyjść na spacer, a nawet przejść się w towarzystwie innych po ulicach wyrażając swoje niezadowolenie z różnych, bądź co bądź, powodów. Moje kalosze przestały spełniać oczekiwania po zeszłorocznych marszach, jednak wrzesień przyniósł kolejną okazję, by rozprostować kości i zadbać o tężyznę fizyczną: Protest Medyków i Białe Miasteczko 2.0 pod kancelarią premiera. Trudno powiedzieć, czy warto się cieszyć z tego, że rządzący zapewniają nam regularnie wysiłek fizyczny właśnie w taki sposób, wydaje się jednak, że warto zadbać o swoje zdrowie holistycznie i prewencyjnie taką aktywność podjąć. Postulaty protestu nie zaskakują, znajdziemy wśród nich bowiem szybszy niż planowany wzrost nakładów na system opieki zdrowotnej, zwiększenie wynagrodzeń i liczby pracowników ochrony zdrowia, realny wzrost wyceny świadczeń medycznych, podniesienie jakości oferowanych usług i zwiększenie dostępu do nowoczesnych form diagnostyki laboratoryjnej i obrazowej, a także uchwalenie ustaw o medycynie laboratoryjnej, zawodzie ratownika medycznego i innych zawodach medycznych. Trudno się nie zgodzić z tym, że pandemia pokazała wszystkie braki w systemie ochrony zdrowia, zmuszając nas do pracy w, eufemistycznie pisząc, zaskakująco złych warunkach przez zaskakująco długi czas (ach, te dyżury, gdy na 24h przypadał tylko jeden kombinezon ochronny na lekarza i trzeba było mieć zwieracze ze stali…). Enough is enough, nie ma już na co czekać i tłumaczyć się kolejnymi potrzebami systemu, który nie dba ani o swoich pracowników, ani o pacjentów. Niemniej nie mogę się pozbyć wrażenia, że obecny protest wzbudza zdecydowanie mniej reakcji w środowisku. Oczywiście, nie w formie on-line, tutaj wszyscy moi koledzy dzielą się postami, na zdjęcia profilowe wrzucają tematyczne nakładki i „biorą udział” w wydarzeniach. Jednak czy nie zrobiliśmy się nazbyt leniwi w naszej wirtualnej strefie komfortu? Czy tak wygląda efekt pracy przez 6 lat w publicznej ochronie zdrowia, że moim największym osiągnięciem jest poparcie protestu zdjęciem na tle kafelków w łazience szpitalnej, bo na więcej nie mam po prostu czasu ani siły? Albo, co gorsza, wzruszanie ramionami na dźwięk słowa protest? Czy aktywność w mediach społecznościowych nie daje nam czasem złudnego poczucia sprawczości?

Facebook, Instagram i WhatsApp wróciły do swojego normalnego funkcjonowania sprzed awarii po kilku godzinach. Rano obudziłam się nieco zdezorientowana, nalewając sobie kawy do kubka, półprzytomna, wykonałam wszystkie zaległe obowiązki – polajkowałam odpowiednie zdjęcia związane ze Światowym Dniem Zdrowia Psychicznego, zaznaczyłam swój udział w marszu solidarnościowym z Protestem Medyków, w czasie, w którym będę oczywiście w pracy (ale przecież chodzi o zasięgi!), odpowiedziałam na wiadomości. Z poczuciem ulgi i dobrze wykonanego obowiązku wyszłam z domu. Jak zwykle byłam spóźniona.

/