DOŚWIADCZENIE

Jadwiga Myrtiluk

Z rosnącym zainteresowaniem obserwuję zalew internetu (zwłaszcza Instagrama) tekstami, infografikami i radami z okazji Dnia Zdrowia Psychicznego. Zastanawia mnie ten fenomen, mimo że sama uczestniczę w nim tylko w sposób bierny – jako odbiorca treści. Nie reaguję, nie komentuję. Powód jest prosty – prawdopodobnie musiałabym napisać za dużo, wdać się w dyskusję, z paroma osobami zwyczajnie nie zgodzić. A czasem stanowczo zaprotestować.

Dlaczego zastanawia mnie sytuacja, w której szerokie grono bliżej nieznanych mi osób mówi o czymś, co mocno mnie dotyczy? Cały dzień zastanawiałam się nad odpowiedzią na to pytanie, przeglądając kolejne stories i czytając posty. Znalazły się w nich różnorodne rady i sposoby, jak poprawić/utrzymać/zatrzymać swoje zdrowie psychiczne. Zazwyczaj nie mam nic przeciwko poradom. Poradom osób, które mają doświadczenie i/lub wiedzę. Nie podoba mi się natomiast świat, w którym każdy, bez większych konsekwencji (lub wręcz odwrotnie) wypowiada się na dowolny temat, ba, uważa, że jego zdanie jest istotne. Skąd na przykład na profilach bibliofilskich informacje o tym, jak radzić sobie w czasie kryzysu, co robić, gdy czujemy się źle psychicznie? Czy to tylko opinie, czy ma to jakieś przesłanie? Czy jest to zwrócenie uwagi na ważny problem (świadomie używam sloganu)? Czy może wrzucanie swoich refleksji, wypowiedzi, bo jest okazja? Bo można nabić trochę zasięgów korzystając z hasła, jakim jest troska o zdrowie psychiczne? Co ciekawe, nie sądzę, że influencerzy zrobili cokolwiek poza tym. Oczywiście, ja również piszę teksty i się w nich nie ujawniam, ale nie wykorzystuję swoich doświadczeń, żeby budzić zainteresowanie wokół siebie.

Wspomniałam o konsekwencjach tego, co mówimy/piszemy w social mediach. Myślę, że influencerzy mają wpływ na wiele osób. Chociażby pozyskują ich czas i uwagę. To może przynosić świetne efekty, oczywiście. Ale jednocześnie chciałabym, żeby o zdrowiu psychicznym mogły wypowiadać się osoby, które rzeczywiście mają o nim coś do powiedzenia. Bez pustych haseł, ładnych obrazków. Bez hasztagów, kciuków w górę. Chciałabym, żeby dyskusja o zdrowiu psychicznym przeniosła się do codziennego życia. Żeby nie trzeba było wymieniać sposobów takich jak wyjście na spacer czy aktywność fizyczna. Żeby nie trzeba było o nich rozmawiać, tylko traktować je jak oczywiste dbanie o siebie. I z drugiej strony przychodzi mi na myśl, że to bardzo górnolotne marzenie, bo społecznie jesteśmy na zupełnie innym etapie. Przechodzi mi irytacja, gdy dociera do mnie, że może działalność różnych osób w internecie to jakiś początek, pierwszy etap oswajania chorób czy zaburzeń psychicznych. Że może właśnie od takich infografik czy pięknych fotografii należy zacząć, bo to one skutecznie przyciągają uwagę?

Działania w internecie mają moc wprowadzania realnych zmian, czego doświadczam właściwie codziennie. Sama nie czuję się w nim na tyle bezpiecznie, by na przykład założyć profil o zdrowiu psychicznym właśnie. Czuję, że wiązałoby się to z demaskacją i niezgodą mojego otoczenia na chorobę, którą w sobie noszę (co w jakiś sposób świadczy o tym, że nawet przyjazne otoczenie może stanąć w takiej sytuacji po przeciwnej stronie). Bardzo chciałabym zabierać głos. W swoim imieniu, jawnie. Ale wiem, że nie mogę, i że to ograniczenie nie jest we mnie, bo ja siebie akceptuję. Inni również, dopóki nie wiedzą „co mi jest”. I to jest właściwie smutna refleksja na podsumowanie tego, co kotłuje się we mnie w Dzień Zdrowia Psychicznego – osoby, których najbardziej on dotyczy, nie mają siły/możliwości wypowiedzi. Są opowiadani głosami innych.