AUTOBUSOWE SUPER-WIZJE

Łukasz Święcicki

Od 35 lat jestem psychiatrą (wliczam sobie oczywiście z rozpędu okres, kiedy byłem lekarzem bez specjalizacji, ale starałem się zostać psychiatrą). Bycie psychiatrą oznacza, przynajmniej po części, że ja siedzę w gabinecie, aż tu wchodzi pacjent i mamy rozmawiać.

Ludzie zasadniczo bardzo cenią psychiatrów. W pewnym sensie nawet mocno ich przeceniają. W ogólnym pojęciu, tacy psycholodzy to „tylko gadają”, a za to psychiatrzy mają jakieś takie „bardziej medyczne”, „takie ścisłe” metody. No, bo oni kończyli studia medyczne…

W efekcie takiego myślenia zdarza się, że psychiatra jest wzywany na konsultację do umierających, nieprzytomnych czy z innego powodu nienawiązujących kontaktu pacjentów. A następnie wszyscy kibice ustawiają się wkoło, pukają się w czoło i zastanawiają się „jak też on to zrobi??”. A to proste. On nie zrobi!!

Przykro mi to przyznać, ale my psychiatrzy wcale nie mamy dobrych medycznych sposobów, które mogłyby zastąpić gadanie. To prawda, że rozmawiamy z pacjentami inaczej niż psycholodzy, bo zadajemy inne pytania i poszukujemy innych odpowiedzi. Ale technicznie rozmawiamy identycznie – czyli ruszamy paszczą po prostu. Wiem, że to bardzo prymitywna metoda, ale nie umiemy inaczej.

A to prowadzi nas do tematu podstawowego tego felietonu – niedobrych początków rozmowy.

Sytuacja pierwsza: wchodzi pacjent i nie mówi nic.

To znaczy nie chodzi o to, że spontanicznie nie mówi, tylko, że także nie odpowiada na pytania. Patrzy rozumnie. Chyba Polak. Ale nie mówi. Zazwyczaj trzeba poczekać, czasem długo. W rezultacie pewnie zacznie mówić za dużo. A tymczasem czas się kończy, po za drzwiami jakby ktoś się zaczął wiercić.

Nawiasem mówiąc – to jest treść moich najgorszych snów. Ja jestem tu z pacjentem, a za drzwiami ktoś się kręci. I nawet się tak jakoś wielokrotnie kręci, jakby ich, tych ktosiów, tam nalazła cała wycieczka…

Kto wie? Może to tylko świadkowie Jehowy czekają, żeby porozmawiać o Strażnicy. No, ale jeśli to pacjenci? Straszny sen.

Sytuacja druga: pytam pacjenta, czemu do mnie przyszedł. Na co pacjent:

– „A od czego mam zacząć, panie doktorze?”

– „W zasadzie najlepiej będzie od początku, jeśli pan może”

-„Acha. Od początku. Czyli to się zaczęło jakieś sześć lat temu…”

– „Rozumiem, że w 2015?”

– „Nie, skąd, gdzie tam w 2015??!. A który teraz mamy… Niech pan poczeka… No nie, to by wychodziło, że w 2015. Ale to przecież nie wtedy było, tylko jak żona mnie zdradziła”

– „A to nie było w 2015?”

– „No gdzie w 2015!!?? Jak my się w zasadzie mieliśmy rozwodzić jeszcze w 2012, tylko, że potem się pogodziliśmy, a jeszcze później, to ja ją zostawiłem, ale kiedy to było…??”

– „Czyli kiedy się pan zaczął źle czuć?”

– „No chyba jeszcze w szkole średniej…”

– „Od początku szkoły średniej?”

– „Na pewno od początku, bo to jeszcze w podstawówce było…”

– „Już w szkole podstawowej źle się pan czuł?”

– „Nie, no jak się czułem w podstawowej, to przecież nie pamiętam…”

– „Czyli można jakoś ocenić, od kiedy źle się pan czuje?”

– „Tak, żeby tak źle, to już będzie pewnie ze trzy tygodnie… Aaaa… dziś jaki jest dzień?”

Minęło 10 minut rozmowy. Jak na razie dzielny psychiatra dowiedział się, że pacjent jest absolwentem szkoły podstawowej. Czy ukończył średnią – nie wiadomo. Miał też jakieś problemy z żoną, ale jak to się skończyło – Bóg raczy wiedzieć. No i w jakiej sprawie przyszedł ten pacjent?

Wyjaśniło się w 25 minucie. Chce się poradzić w sprawie syna. Syn jest trudny. Sam pacjent uważa siebie za łatwego… Ale chyba nie w komunikacji?

Sytuacja trzecia:

– „W jakiej sprawie pan do mnie przyszedł?”

– „Nie wiem. Żona mnie przysłała.”

– „A co mówiła jak wysyłała?”

– „Niech sobie przypomnę… No coś takiego – a ty Andrzej to do psychiatry byś poszedł. To poszedłem”

– „Ale czemu ona tak mówiła?”

– „A to już nie wiem. Ją niech pan zapyta.”

– „Może pan na nią krzyczy?”

– „Raczej nie, bo my się rzadko bardzo widujemy”

– „A czemu tak rzadko?”

– „No najczęściej to pewnie dlatego, że ja gdzieś łażę z kumplami i chlam strasznie”

– „To może jej to przeszkadza?”

– „A kto tam wie, może i to?? Kobiety panie to dziwne są”

No i proszę. Jesteśmy w domu. Wydawałoby się.

Jednak informacja uzyskana w późniejszym okresie od żony jest zupełnie inna. Pacjent cały czas siedzi w domu i jest smutny, ale co pewien czas jest bardzo pobudzony i wtedy jedynie lata z kumplami i nadużywa. Ale o tym, że jest smutny, pacjent nie mówił, bo było „jeszcze przedtem” (zanim mu żona powiedziała), to nie wiedział, czy mnie to interesuje.

Mając w pamięci wszystkie te trudne początki mocno skupiłem się przed wczorajszą wizytą u dermatologa. Powtarzałem sobie w głowie cały wywiad. Żeby tylko nie gadać głupot.

Pani z rejestracji skierowała mnie do gabinetu, gdzie czekał na mnie miły, uśmiechnięty (pod maseczką! Rzecz jasna!) starszy pan.

-„Co panu dolega?”

– „No więc, panie doktorze, żona mnie do pana przysłała…”

Tak już jakoś jest, że na widok lekarza wszystko się człowiekowi myli. Widocznie to jest prawo natury.

A z początków to nie lubię jeszcze początku jesieni. Ja wiem, że grzybki, ściółka i czerwone listeczki, a nawet mimozami jesień się zaczyna. Ale co zrobię, że ja tego nie cierpię… A potem już lepiej jest. Ale nie wiedziałem, czy to Was zainteresuje, no bo to już potem było, jak już nie było początku jesieni…

/