SNOBISTYCZNO-PRETENSJONALNY FELIETON GRAFOMAŃSKO-PLOTKARSKI

Bogusław Habrat

Turystyczne zainteresowanie Dolnym Śląskiem nie zmniejsza się, a Dolnym Śląskiem + północnymi Czechami – zwiększa się. A to dlatego, że Czesi mają to samo, tylko więcej i bardziej. Dotyczy to zarówno zwietrzałych skał, tworzących nierozumnie rozwichrzone formy, jak i zamków, oraz XVIII-XX-wiecznych zamko-pałaców i pałaców. Te ostatnie najczęściej budziły mój, będący w zdecydowanej mniejszości, protest, gdyż najczęściej były i są gargamelami świadczącymi o bezguściu nie-wiedzących-co-robić-z-pieniędzmi rodów arystokratycznych i nowobogackich. Szmirę, bezguście, bezładne mieszanie stylów architektonicznych nazywa się eufemistycznie eklektyzmem, a nawet uzdolnieni architekci musieli chodzić na pasku fundatorów i sklejać do kupy ich absurdalne pomysły uwzględniania zachcianek powstałych na bazie zaobserwowanych ciekawostek architektonicznych z różnych części świata i różnych wieków.

Czasy ostatniej wojny i powojnia „wyczyściły” te pałace z badziewia, a współczesne rewitalizacje zrobiły z nich wydmuszki z wnętrzami zaadaptowanymi na drogie hotele. Przy okazji dość dobrze „oczyszczono” prawdziwe skarby architektoniczne baroku, który akurat na Dolnym Śląsku zachwyca swoją wybujałowością i cudowną ponadrozumną przesadą. Pałace (ale i zamki, i klasztory) po stronie polskiej do niedawna nie wrosły w tkankę polskości i były, a częściowo i są, ignorowane lub wręcz dewastowane.

Inaczej jest po stronie czeskiej, gdzie niezależnie od tego, że właścicielami zamko-pałaców i pałaców były głównie rody niemieckojęzyczne, jest jakieś zdumiewające poczucie współkulturowości. Straszliwe wojny śląskie, które rozszarpały księstwa niemieckojęzyczne na ewangelickie Prusy i katolicką Austrię, zaowocowały m.in. brutalną konfiskatą dóbr zakonnych. Mnie najbardziej zdumiało, że czescy przewodnicy o tych przegranych austriackich mówili z żalem, że to „MYśmy przegrali”. Taką sytuację trudno spotkać w Polsce. Przynajmniej ja nigdy nie słyszałem, żebyśMY przegrali jakąś bitwę w barwach zaborcy/okupanta. Raczej biadolimy, że polską krew przelewano w nie swojej sprawie. A w Czechach: proszę!

Inna sprawa: w Polsce husyci mają raczej dobre notowania z racji chęci zreformowania i decentralizacji Kościoła. Na Śląsku trudno znaleźć miasto, klasztor czy zamek, które nie uległyby potopowi husyckiemu, równie zachłannemu, co i destruktywnemu. A jak już jesteśmy przy potopie szwedzkim, to nasza kształtowana przez największego fałszerza historii: Sienkiewicza, imaginacja o nim, każe nam sobie wyobrażać, że niszczące tsunami dotarło do Częstochowy i zawróciło pozostawiając krajobraz księżycowy. Tymczasem Szwedzi zwrócili się ku o wiele bogatszemu Śląskowi, bo do plądrowania było znacznie więcej niż na Mazowszu. Tak więc historia Śląska to historia rabunku i bezmyślnego niszczenia: przez husytów, Szwedów, Prusaków i hmmm… zwycięzców II Wojny Światowej, żeby wymienić tylko tych znaczniejszych…

Coś pozytywnego. Najbardziej urzekł mnie mało znany pałac w Nowym Mieście nad Metują. Ponure zamczysko zamienione na renesansowy pałac zakupił skromny (początkowo) tkacz, który stworzył w nim pomnik kapitalizmu i legendy „z pucybuta milioner”. W przeciwieństwie do podupadających arystokratycznych imperiów gospodarczych, jego przemysłowo-kupieckie interesy rozkwitały w Pierwszej Republice. Oprócz aspirowania do kręgów arystokratycznych, rodzina wspierała nowe technologie i nową sztukę. Pomijając ideologicznie uwarunkowane zbiory (kiepska ceramika ludowa Słowacji, koszmarne „artystyczne wyroby z kolorowego szkła) i wyposażenie (populistyczne alegorie stanu rolniczego, przemysłowego i kupieckiego), pałac zdumiewa oddaniem wyposażenia w ręce najwybitniejszych czeskich architektów wnętrz. I to w czasach, gdy jeleniogórska Dolina Pałaców i większość siedzib bogaczy z Dolnego Śląska była orgią pseudogotyckiego i eklektycznego bezguścia. Tymczasem w NMnM jest najwspanialszy pomnik późnej, geometryzującej secesji i najwspanialszego modernizmu. No… w Polsce porównywalne cudo jest tylko w szpitalnym kościele w Branicach.

Anna Netrebko nigdy nie śpiewała na Dolnym Śląsku, co nie znaczy, że melomani poza Wrocławiem będą się tam nudzić. Wspaniałe organy, choćby w Krzeszowie, Świdnicy i Bardzie zaczynają być wykorzystywane, choć w stopniu niedorastającym do piękna ich brzemienia i wyglądu. Lato poświęciłem zaniedbywanej dotąd przeze mnie muzyce organowej. Trochę się zdumiałem, gdy w Katedrze Oliwskiej najbardziej przykuły moją uwagę utwory Arvo Pärta i organowe transkrypcje filmowej muzyki Ennio Morricone…

I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie szydery mojego syna, że stare łazi po kościołach i zamkach, a młode wspina się po drabinach i przeciska przez szczeliny Adrszpasko-Cieplickich Skał… A przecież ja się też przeciskałem… Co z tego, że ze stękaniem i przerwami na złapanie oddechu…

Deklarując brak sponsorowania, polecam młodym smakoszom twardonicką frankówkę z 2019 roku w ekologicznej winiarni Kosika. Byłbym zapomniał: w piwnicach opactwa w Broumowie parę dni temu odbył się Festiwal Burczaka…

/