100 LAT PTP

Jacek Wciórka

|Prezes PTP 2004-2007

Refleksja nad wydarzeniami nawet tak nieodległego czasu nie jest łatwym zadaniem. Pamięć poddaje się wpływowi wielu wydarzeń późniejszych i presji teraźniejszości. Trudno wrócić do nadziei, myśli i działań tamtego okresu. Niektóre ze spraw, którymi żyliśmy wtedy, przesunęły się na dalszy plan, a inne nabrały ostrości, stając się niemal kluczami do przyszłości. Warte przypomnienia wydają mi się przynajmniej cztery sprawy, które dzisiaj wspominam jako żywe i inspirujące doświadczenia wyniesione z lat 2004-2007, a jednocześnie w mniejszym lub większym stopniu nadal nierozwiązane.

Idea personalizmu próbowała w tamtym czasie przebić skorupę psychiatrycznej ortodoksji, której wcześniej nie było, a niestety nadal bliżej jest do uroków redukcjonizmu. Hasło „psychiatria dla osoby, z osobą i przez osobę” miało poszerzyć i ożywić pole naszego widzenia oraz przygotować i uwrażliwić na spotkanie. Pogląd, że osoba (rationalis naturae individua substantia) także w kryzysie nie musi respektować granic wyznaczanych psychiatrycznymi szablonami poznawczymi, a przeciwnie – może je jako samoistny, wolny podmiot kwestionować lub przekraczać, okazuje się jednak ciągle jeszcze zbyt abstrakcyjny (bo wymagający?), ustępując pola różnym atrakcyjnym, ale ostatecznie ograniczającym uproszczeniom. Dlatego pewnie wolimy mówić o „pacjencie lekoopornym” zamiast o „nieskutecznym leku” i pogodziliśmy się z przekształceniem „pacjenta” w „konsumenta”. Z perspektywy lat ze smutkiem obserwuję, jak naturalny personalizm wielu adeptów psychiatrii gaśnie w konfrontacji z codziennością i praktyką szkolenia specjalistycznego. Podobne wnioski zdają się nasuwać aktualne dyskusje na temat roli i funkcji asystentów zdrowienia w systemie pomocy psychiatrycznej. Oby nie skończyło się tak, jak w kontekście globalnym przepowiadał Heinz Katschnig (2010), że dla przyszłości systemów opieki psychiatrycznej psychiatrzy mogą odegrać rolę wymierającego gatunku. Wszak natura horret vacuum i ktoś może nas zastąpić.

Jednym z najbardziej bolesnych i trudnych doświadczeń historycznych polskiej psychiatrii była planowa zagłada chorujących psychicznie dokonana w wielu miejscach i na wiele sposobów przez Niemców na okupowanym terytorium Polski w czasie II wojny światowej. Uważam pamięć o tym barbarzyństwie za naszą moralną odpowiedzialność i powinność – ponieważ to psychiatria została użyta jako legitymizacja mordu, a jego ofiary pochowano także w naszej ziemi. Podjęta w tamtej kadencji uchwała o upamiętnieniu tej zagłady pozostaje niezrealizowana, przypominanie o niej nie pobudza do działania. Czasem odnoszę wrażenie, że budzi gesty zniecierpliwienia. Zbiórka funduszy stanęła w miejscu. Miejsce planowanego pomnika ofiar bracia Bonifratrzy sprzedali deweloperowi. Niepamięć uzdalnia zło do czynów, które również całkiem współcześnie powracają w postaci przewrotnych usprawiedliwień terminacji życia osób cierpiących z powodu zaburzeń psychicznych. Kto nie umie pamiętać, ośmiela zło.

W roku 2006 złożony został projekt Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego. Choć wszyscy byli za, start oczekiwanej od wielu lat reformy opieki psychiatrycznej opóźnił się o ponad dziesięć lat, pokonując istny tor przeszkód. Projekt pilotażowy centrów zdrowia psychicznego rozpoczęty w 2018 roku przyniósł wiele obserwacji, doświadczeń i faktów wskazujących na celowość i skuteczność rozpoczętej transformacji systemu ochrony zdrowia psychicznego, mimo trudnego czasu pandemii, która od marca 2020 utrudniła obserwację tego procesu. Upowszechnienie i dopełnienie reformy budzi nadzieję, że w roku 2027 na mapie dostępnej, kompleksowej, koordynowanej publicznej pomocy psychiatrycznej znikną białe plamy, kolejki, bariery organizacyjne i finansowe oraz upokarzające warunki uzyskiwania i świadczenia pomocy. Ta perspektywa przypomina jednak nadal tor przeszkód, choć znów oczywiście wszyscy są za, ale w imię ogólnych, lokalnych, grupowych lub indywidualnych interesów gotowi są ją utopić, rozbroić lub odkładać w nieskończoność. Jak w znanej bajce Krasickiego o zającu i psach. To o tyle niezrozumiałe, że tę drogę przebyło wiele krajów, z którymi jesteśmy skłonni się z atencją porównywać. Mamy szansę uniknięcia ich błędów. Nie wyobrażam sobie, by Polskie Towarzystwo Psychiatryczne w sposób aktywny nie wspierało tej fundamentalnej dla swej przyszłości reformy. Byśmy nie musieli doświadczać chocholego tańca kończącego dramat Wyspiańskiego.

Czwarta refleksja z kadencji 2004-2007 wiąże się z niepokojącą obserwacją rosnącego uzależnienia funkcjonowania PTP od jednej z zasobnych gałęzi przemysłu. Rozumny sponsoring (lepiej: współpraca) nie jest uzależnieniem, ale klientelizm jest znany od czasów starożytnego Rzymu, a jego mentalne, moralne i finansowe zasadzki nie straciły atrakcyjności. Wydaje mi się, że mimo regulacji prawnych w tym zakresie, problem nie znika, ale dokonując różnorakiej mimikry, zachowuje swoją aktualność.