PRZEMYŚLENIA ZESTRESOWANEGO PSYCHIATRY

Ireneusz Cedeński

Mojego syna niedawno rozbolał staw barkowy. Akurat tak się wtedy złożyło, że blisko naszej PZP przyjmował w tym czasie w poradni preluksacyjnej pewien emerytowany profesor ortopedii. Między nami mówiąc, trochę nas psychiatrów denerwowało; prawdę mówiąc, to niektórych mocno denerwowało, że w dniu, kiedy ten profesor pojawiał się w tej poradni, we wspólnej poczekalni robiło się strasznie tłoczno i głośno z powodu młodych matek i ich rozbeczanego potomstwa. Nasi pacjenci nie mieli już gdzie się podziać.

Ale miało to też tę pozytywną stronę, że bez większych ceregieli mogłem w trybie niemal natychmiastowym skorzystać z konsultacji profesora ortopedii. Wykonawszy odpowiednie prześwietlenia zjawiłem się u niego wraz z niedomagającym synem. Profesor zbadawszy go i obejrzawszy zdjęcia rentgenowskie spytał czym się zajmuje. W odpowiedzi usłyszał, że studiuje na politechnice.

– Hm, politechnika – westchnął profesor – umysł ścisły. My takich nie mamy… prawda doktorze?

Przytaknąłem skwapliwie i całkiem szczerze.

Z konsultacji wynikło, że nic poważnego na szczęście z barkiem mojego syna się nie dzieje. Najwyraźniej nadwyrężył go sobie tylko w czasie ćwiczeń gimnastycznych, które sam sobie aplikował.

Bardzo mnie ujął swoją skromnością i bezpośredniością ten profesor, więc wpisałem w wyszukiwarkę jego nazwisko, żeby się czegoś o nim dowiedzieć. Znalazłem wywiad, którego udzielił, gdy odchodził na emeryturę. Zapytany przez dziennikarza o to, co uważa za swoje największe zawodowe osiągnięcie odpowiedział, że jest nim wdrożenie programu zapobiegania wadom rozwojowym stawów biodrowych u dzieci, które spowodowało, że w klinice, w której pracował liczba operacji tych wad z kilkuset rocznie spadła do pojedynczych przypadków…

Cieszę się, że miałem okazję poznać osobiście tego człowieka, prawdziwego lekarza… Pusty blok operacyjny, co za satysfakcja…

Poznałem niedawno także pewnego młodego człowieka. Był on kelnerem w jednym z renomowanych stołecznych lokali gastronomicznych. Restauracja ta była odwiedzana przez znanych, ba, nieraz nawet sławnych ludzi. Mój rozmówca miał zaszczyt wielu z nich obsługiwać. Obsługiwał też wielu gości, którzy, choć byli mu nieznani, to z ich sposobu bycia, z tego, co mówili, a mówili przeważnie bardzo głośno, szczególnie po tym, jak sobie pojedli i popili, wynikało, że byli w swoich środowiskach sławni i wpływowi.

Opowiedział mi o grupie, jak to określił, „lekarzy z górnej półki”. Najstarszy i najgłośniejszy z nich, więc chyba najważniejszy, mówi pewnego razu tak:

– Ja za nogę biorę pięć tysięcy. I robię takich nóg sześć tygodniowo. To ile ja zarabiam?!

A drugi na to: Pięć tysięcy?! Ja za nogę biorę sześć tysięcy!

Któryś z uczestników biesiady (wyobrażam ich sobie, jak jedzą smaczną golonkę popijając ją zimną wódką. Nie wiem czy trafnie.) przelicytował obu, podając sumę ośmiu tysięcy złotych za nogę.

Moj rozmówca nie podał mi żadnych więcej szczegółów tej biesiady, ani co do strony gastronomicznej, ani też danych medycznych.

Pomyślałem sobie: gdybym stanął przed groźbą utraty nogi, ile bym dał za to, żeby ją zachować?. Dużo. Kilka tysięcy złotych nie wydaje mi się sumą wygórowaną. Zdrowie jest czymś bezcennym.

Jeden z moich synów jest lekarzem, drugi inżynierem. Temu pierwszemu powiedziałem kiedyś, że inżynier to lepszy zawód niż lekarz, bo to, co zrobi, może być w dowolnej ilości powielane przez innych, a lekarz jest tylko szczególnego rodzaju rzemieślnikiem, który, choćby wzniósł się na szczyty swojej profesji, musi osobiście wykonywać swoją pracę.

Otóż właśnie doszedłem do wniosku, że są wśród nas lekarzy tacy, którzy myślą i działają jak inżynierowie, a nie jak rzemieślnicy. Choćby i nie byli obdarzeni umysłem ścisłym. To dobrze.

Potrzebni są teraz i w naszej dziedzinie. Jak by to czy tamto opustoszało, a pacjenci z rodzinami znaleźli się gdzie indziej, nie byłoby źle.

Przynajmniej dla pacjentów.

/