REZYDENCJA

Anna Szczegielniak

Pierwszy dzień spisałam od samego początku na straty. W dyżurce lekarskiej, jak zwykle o tej porze roku, czułam się, jakbym zażywała sauny (z tym, że nie o aromacie kosodrzewiny czy jodły syberyjskiej, a jedynego piszącego długopisu, który udało mi się odnaleźć i niedokończonych historii chorób, nad którymi męczyłam się od godziny), a telefon dzwonił non-stop. Ucieczka przed słońcem nic nie dawała, bo to łaskawie rozlewało się po całym pokoju, zapewniając mi tropikalne warunki bez konieczności wyjazdu na urlop. Roletę zdążyłam oczywiście popsuć, więc w akcie desperacji próbowałam się ze wszystkimi papierami chować w koncie między szafą, a komputerem, który zdawał się od dłuższego czasu spełniać jedynie funkcję muzealną na oddziale. Do teraz zresztą żałuję, że nie zrobiłam sobie z nim nigdy pamiątkowego zdjęcia. Kawa w takich warunkach nie miała szans się wystudzić, czekając na mnie od samego poranka, ale też nie bardzo miałam możliwość delektować się jej smakiem, bo jakoś zegar zdawał się zatrzymywać, gdy na niego nie patrzyłam, a obowiązków przybywało. Poza tym był to może mój szósty dyżur w życiu, także na dźwięk sygnału telefonu miałam nadal odruch bezwarunkowy sięgania po propranolol.

Noc zapowiadała się ciepło i pracowicie, a kolejne konsultacje jedynie utwierdzały mnie w przekonaniu, że jeśli chciałam uczestniczyć w 45 Zjedzie Psychiatrów Polskich w Katowicach, to powinnam była zadbać o to nieco wcześniej, w porę zamieniając się dyżurami. Pierwszy dzień tego wydarzenia minął, a ja mogłam jedynie liczyć na jakieś drobne podsumowania w mediach społecznościowych oraz spoglądanie na program wydarzenia z mieszaniną frustracji i smutku. Kiedy wróciłam nad ranem na oddział, po kolejnej wizycie na SOR, gdzie uświadomiłam sobie, że o czwartej nad ranem to nie ja powinnam badać, tylko być badaną (zresztą, mój sympatyczny skądinąd pacjent z 6 promilami alkoholu etylowego w wydychanym powietrzu zdawał się być o wiele lepiej zorientowany na temat otaczającej go rzeczywistości niż ja w danym momencie), nie miałam już siły na nic. Powoli, w głębi duszy, wykreślałam z mojego ambitnego planu dnia uczestnictwo w kongresie PTP – przecież trzeba się umyć, ubrać, wyglądać jak człowiek i do tego nie zasnąć na prezentacjach, na które czekałam od kilku tygodni. Dopiero zaczynałam swoją przygodę z rezydenturą, jak i działalnością w Sekcji Kształcenia Specjalizacyjnego PTP, przeczuwałam więc, że głośne chrapanie podczas wystąpienia przewodniczącego i mętny wzrok podczas dyskusji na temat programu specjalizacji (a właściwie koniecznych jego zmian!) mogą nie być pomocne. Ostatecznie, trochę z ciekawości, a trochę z poczucia obowiązku, na sesjach jednak się pojawiłam. I chociaż nie był to na pewno szczyt moich intelektualnych możliwości, do rozmowy na temat warunków szkolenia w dziedzinie psychiatrii, dalszej rozbudowy sieci młodych psychiatrów w Polsce czy działania w stowarzyszeniach międzynarodowych na rzecz osób szkolących się w psychiatrii włączyłam się chętnie. I zostałam w niej po dzień dzisiejszy.

46 Zjazd Psychiatrów Polskich w Szczecinie prezentuje już zupełnie inne możliwości uczestnictwa, naznaczony doświadczeniem epidemii COVID-19 i wszechobecnym czynnikiem wirtualnym. Oznacza to w skrócie, że można w nim uczestniczyć siedząc wygodnie na własnej kanapie (lub gdziekolwiek akurat się znajdujemy!), brać udział w trwających dyskusjach na żywo, a z materiałów edukacyjnych w postaci nagranych wykładów skorzystać jeszcze wiele tygodni po zakończeniu wydarzenia. Sekcja Kształcenia Specjalizacyjnego PTP, chociaż już z innymi twarzami, będzie na nim także obecna – pomimo upływu lat od ostatniego naszego spotkania, tematy poruszane w Katowicach nadal są aktualne (konieczność dostosowania szkolenia specjalizacyjnego do zmieniających się warunków pracy, działalność na polu międzynarodowym, funkcjonowanie w post-epidemicznej rzeczywistości). Zapraszam z tego miejsca nie tylko do obejrzenia przygotowanego materiału, ale włączenia się w nasze prace na co dzień – the more the merrier!

Z osobistej perspektywy, następujące po sobie Zjazdy Psychiatrów Polskich są dla mnie bardzo ważną klamrą, spinającą w pewien sposób moje szkolenie specjalizacyjne – uczestnictwo w jednym wiązało się z początkiem mojej pracy lekarza rezydenta, uczestnictwo w drugim będzie związane ze swoistym pożegnaniem się z tą rolą. Ciekawe, gdzie zastanie mnie kolejny…