SNOBISTYCZNO-PRETENSJONALNY FELIETON GRAFOMAŃSKO-PLOTKARSKI

Bogusław Habrat

Tym razem miał być felieton sprowokowany artykułem o kobietach dyrygentkach, opublikowany w czasopiśmie tzw. symetrystów, ale Naczelny wyraził dezaprobatę objawiającą się słynnym wzgardliwym przemilczeniem. I zasugerował, że bardziej adekwatnym byłoby zajęcie się przedłużającym się bezwstydnie stuleciem PTP. Mój nieukrywany entuzjazm został zgaszony prośbą-rozkazem o skupienie się na ostatnim 50-leciu, gdyż moje wspomnienia o ojcach-założycielach mogłyby być rzekomo obciążone ryzykiem konfabulacji. No więc: psychiatrzy w anegdocie!

Chłopięciem będąc, bywałem niemal codziennie w domu prof. Mieczysława Kaczyńskiego i było mi dane doznawać atmosfery, którą potem w miniaturze odczuwałem w czasie najlepszych wystawień Czarodziejskiego Fleta. Profesor miał niesamowity dar mówienia o rzeczach zwykłych w sposób ewangeliczny, czyli do zapamiętania na całe życie. Kulminacją uczuć metafizycznych było odtworzenie mi Beethovenowskiej 9. Symfonii z płyty Supraphonu na NRD-owskim stereofonicznym gramofonie, jako przykładu doskonałości Ducha (symfonia) i Postępu (gramofon). Profesor dodał, że nie wyklucza, że w gramofonach postęp będzie nadal miał miejsce, ale trudno sobie wyobrazić większą doskonałość. Zalecał mi czytanie dzieł Mazurkiewicza (wyd. 1949 i 1956), które można było „normalnie” kupić (tyle, że na hasło) w słynnej księgarni na rogu Marszałkowskiej i Hożej. Zalecił czytanie tej biblii nie więcej niż 3 strony na dzień, bo i tak mój mózg więcej nie przyswoi.

Pożal się Boże, karierę zawodową zacząłem w Kielcach, uwiedziony perspektywami przemiany WSZON-u w klinikę psychiatryczną Kieleckiej Akademii Medycznej. Gwarantem naukowości miał być Pan Docent Boguchwał Winid, którego podziwiałem między innymi za niesamowity rozziew między wyżynami spekulacji psychoanalitycznej, a zupełną apraktycznością dnia codziennego. W niedzielne wieczory wracaliśmy od swych krakowskich kobiet do kieleckiego WSZON-u. Pan Docent nie ukrywał, że fascynuje go moja prostota umysłu i aby nie tracić 3,5 godzinnego pędu pociągu osobowego, postanowił opowiedzieć mi (w skrócie i przystępnie) 40- lub 50-letnią historię psychoanalizy pacjenta z natręctwami. Pociąg się wlókł, a psychoanalityk zmieniał co 5 lat podejścia teoretyczne, bo mu się coś nie zgadzało w układaniu puzzli. Nogami zacząłem przebierać w okolicach stacji Sitkówka-Nowiny, a na obskurnym peronie w Kielcach w końcu spytałem, czy pacjentowi minęły natręctwa. Docent jakby wybudził się z transu opowiadania, na jego twarzy odmalowało się poczucie klęski i machnąwszy ręką powiedział: „To ja pana dydaktyzuję przez 3 i pół godziny, a pan nic z tego nie zrozumiał”. Ale zrozumiałem. W psychoanalizie nie idzie o poprawę objawową.

W IPiN mieniącym się wtedy z ruska Instytutem Psychoneurologicznym wpadłem w ręce cudownego Profesora Stanisława Pużyńskiego. Relacje z nim to seria anegdot. Z różnych względów wyznaczał mnie do zadań niekonwencjonalnych. Zasłaniając się absolutną bezradnością poprosił mnie o zbadanie zasadności skargi, że jedna z lekarek przyjmuje na dyżurach w Izbie Przyjęć bez majtek. Okazało się, że tak, wszyscy o tym wiedzieli, a że telewizor był zepsuty, było to główne źródło rozrywki personelu. Był to jednak czubek góry lodowej, bo okazało się, że inna lekarka przyjmowała w peniuarze i o trzy numery za małym szlafroczku, co powodowało, że obfity biust utrudniał jej wypełnianie historii choroby. Profesor okazał mi wdzięczność za podpowiedzenie mu formuły, że delikatność przedmiotowej sprawy uniemożliwia ustosunkowanie się do skargi, ale gdybyście widzieli jego minę, gdy uświadomił sobie, że go nie zastąpię w rozmowach dyscyplinujących obie matrony.

Ponadwyjątkowym szacunkiem cieszył się Profesor Adam Bilikiewicz. Mnie lubił za pozytywne ustosunkowywanie się do jego próśb o opowiedzenie po raz kolejny o praktycznych aspektach, zalecanej przez jego ojca Tadeusza, terapii pracą. Po poradę jeździło się do niego do Gdańska nawet z Krosna. Jedna taka osoba z – a jakże – „etiopigenetyczniezeschizofreniczniałą cyklofrenią” prócz leków przeciwdepresyjnych dostała bezwzględne zalecenie pracowania za wszelką cenę. Kiedyś usłyszałem coś, co mi zobrazowało, czym jest „płacz witalny” o ogromnej sile empatyzowania. Idąc za głosami płaczu i narastającej empatii zobaczyłem osobę w głębokiej depresji terapeutyzowaną pracą, polegającą na wypisywaniu złotymi literami na fioletowych i czarnych szarfach sloganów pogrzebowych. Przemknęło mi coś o intencji paradoksalnej, ale nie…

Profesor Adam Bilikiewicz cechował się ogromną kulturą osobistą i nienagannymi manierami. Ale był reprezentantem psychiatrii w CKK, od której zależało przyznawanie stopni i tytułów naukowych, więc wszyscy przymilali się do niego zachowując jednak stosowny dystans. Chyba trochę go to krępowało, więc postanowił pokazać, że jest „swoim chłopem”. W męskim towarzystwie pozwolił sobie na skracający dystans żart, polegający na definicji docenta. „Docent to jeszcze nie profesor, a już k…rwa”. W tym momencie weszła świeżo mianowana Pani Docent…

Zawsze lubiłem podpisy arystokratów, w których między imię i nazwisko wstawiali tytuł typu książę, hrabia itp. Spotęgowało się to, gdy jeden z profesorów po wyłączeniu alkoholem kory przedczołowej umożliwił mi dostąpienie zaszczytu przejścia z nim na ty, „mimo tego, że jest Profesorem k…rwa Belwederskim”.