ROZWAŻANIA PRZED ZAŚNIĘCIEM

Antoni Jakubczyk

Przypadkiem znalazłem się w starości. Dawniej w to nie wierzyłem – przecież starość dotyczy tylko staruszków i emerytów, a nie mnie. Nie do wyobrażenia była dla mnie sytuacja, kiedy nie mogę jeździć na nartach. Staruszkowie i emeryci to trochę inny gatunek człowieka, z którym ja, człowiek dorosły i sprawny fizycznie i umysłowo mam niewiele wspólnego. Traktowałem ich z szacunkiem, ale też z pewną pobłażliwością. Obecnie natomiast sytuacja się nieco odwróciła – ja sam mam poczucie, że mam sporo mniej wspólnego z osobami młodszymi. Oni żyją inaczej, żyją innymi sprawami i mają inne wartości niż ja.

Doświadczam tego wyraźnie uczestnicząc w pewnej społeczności na Warmii, gdzie mam pozycję „czcigodnego starca”, gdzie jestem doceniany za doświadczenie w sprawach np. żeglarskich, ale jednak w innych sprawach trochę odsunięty. Ten wątek widać w filmie Kurosawy „Siedmiu Samurajów”, a potem w westernie „7 Wspaniałych”. Tam występuje taki starzec, do którego społeczność się zwraca z różnymi problemami, ale starzec ten żyje już na uboczu, poza społecznością.

W związku z tym mam kilka autoobserwacji, których nie znajdzie się w podręcznikach gerontopsychiatrii (podręczniki te piszą nie staruszkowie, a ludzie dojrzali). Przede wszystkim sprawa czasu. Przeszłość jest rozciągnięta, przyszłość skurczona, a w teraźniejszości czas płynie dużo szybciej.

Przeszłość zajmuje teraz znacznie więcej miejsca w umyśle, myślę, że ma to związek z objawem hipermnezji. Wraca się do dawnych wspomnień, zainteresowań. Jeżeli ma się wnuki, to te zainteresowania można realizować z nimi (np. klejenie modeli, zabawy z lalką). Ja sam zrealizowałem tę potrzebę, kupując profesjonalny łuk i procę. Wnuki niestety szybko się zniechęciły i wróciły do komputera, ale teraz czasem strzelam sobie sam (gdy nikt nie widzi). Wraca się też do dawnych lektur i filmów, odczytując je też inaczej, często w sposób bardziej dojrzały, albo też stwierdzając z satysfakcją „dawniej to robiono filmy, nie to co teraz”.

Fakt przewagi przeszłości w przestrzeni psychicznej sprzyja pisaniu pamiętników (co prawda wcześniej ma się dużo mniej do pisania). W życiu towarzyskim odczuwam pewną barierę z tym związaną. W wielu rozmowach sam się łapię na tym, że jedyne co mi się nasuwa, to „pamiętam jak… lub „kiedyś to…., a za komuny to…”. Staram się tego unikać, ale moje myśli zawsze biegną w stronę przeszłości. Musi to stwarzać pewną barierę między osobą starą, a młodą. Niedawno na spotkaniu towarzyskim gospodarz wyraźnie unikał zaproponowania mi alkoholu, pewnie się bał, że coś mi się stanie i będzie kłopot. Na moim ostatnim obozie narciarskim, gdzie wyraźnie odbiegałem wiekiem od innych, instruktorzy unikali przyjęcia mnie do swoich grup przesuwając codziennie do innej (pewnie bali się, że się rozpadnę na kawałki na stoku). A miałem wówczas zaledwie 68 lat! Ludzie w wieku podeszłym żyją całkiem innymi sprawami, sprawy młodszych są dla nich odległe. Zwłaszcza, jeżeli dojdzie do tego starcza rozwlekłość myślenia i częste powtarzanie tych samych treści, wówczas człowiek stary staje się dla młodszego otoczenia nudny.

Teraźniejszość jest trudniejsza. Czas płynie szybciej, wszelkie czynności zajmują więcej czasu. Założenie skarpetek to nie jest już jakieś hop-siup, tylko złożona operacja logistyczno-gimnastyczna. U mnie poranne zebranie się trwa całkiem długo: rozruch obolałego aparatu kostnego, herbatka, lekarstwa, sprawdzenie poczty, gazeta w elektronicznej prenumeracie, druga herbatka. Potem dopiero wyjście z psem. Najwięcej czasu zajmuje planowanie czynności do wykonania, a potem skreślanie połowy z nich. Dopiero po tym wszystkim mogę się zabrać do przyjmowania pacjentów (głównie online), choć teraz niektórzy już przychodzą osobiście. Mój najdawniejszy pacjent prowadzony przez 50 lat nie chce konsultacji zdalnej, ponieważ czuje potrzebę zapachu mojej fajki.

Znika długofalowe planowanie – raczej nikt nie udzieli kredytu na wiele lat (chyba, że oszuści, którzy chcieliby przejąć moje mieszkanie). Zresztą człowieka, który w podeszłym wieku starałby się o milionowy kredyt podejrzewałbym o stan manii. Planowanie może dotyczyć jedynie dzieci ew. wnuków.

Po długim okresie dojrzałości wypełnionej kreatywnością zaczyna się powolny regres, bardzo mi tu pasują freudowskie koncepcje faz rozwoju (oralna – analna – genitalna). Regresując się, powtarzamy elementy tych faz. Przejawia się to np. w rubaszności starszych panów o różnym stopniu realizacji („rubaszny dziadek”, „obleśny staruch”). Dalej mamy ponowne pojawienie się cech analnych i preokupacja funkcjami wydalniczymi. Na końcu nasilenie uwagi sprawami jedzenia. W chorobie Alzheimera proces takiego regresu jest przyspieszony i wyraźniejszy. W schyłkowym okresie tej choroby mamy już do czynienia z odpowiednikiem niemowlaka w kołysce zabezpieczonej przed wypadnięciem i wymagającym karmienia, i zmiany pampersa. W tym procesie regresji następuje wyraźna zamiana ról – dzieci przejmują funkcje opiekuńcze i rodzicielskie w stosunku do swoich rodziców.

W temacie starczej hipermnezji mam kilka wspomnień związanych z aktualnym niby-problemem LGBT (mam już prawo do rozwlekłości).

W latach 50. mieszkałem na dużym osiedlu, tam było na podwórku bardzo dużo dzieci wychowywanych przez powojenne samotne matki, Wiele z tych dzieci, zwłaszcza chłopców, stwarzało problemy wychowawcze, sporo z nich poszło potem w stronę alkoholizmu lub przestępczości. Dziewczynki wychowywane przez samotne matki raczej nie stwarzały problemów. Ale były też dzieci wychowywane przez dwie kobiety (prawdopodobnie siostry). Rozwój tych dzieci odbywał się znacznie bardziej prawidłowo. W liceum też miałem 4 kolegów wychowywanych przez samotne matki, aż trzech z nich popadło w alkoholizm W mojej własnej rodzinie były dwie pary sióstr mieszkających razem. W tych parach dochodziło w sposób naturalny do polaryzacji ról – jedna osoba wypełniała rolę bardziej „męską”, zarabiając na utrzymanie, druga bardziej dbała o prowadzenie domu. W ten sposób element pierwiastka bardziej męskiego i bardziej kobiecego był zachowany. Sądzę, że para dwóch kobiet lub dwóch mężczyzn w spolaryzowanych rolach, bardziej kobiecej i bardzie męskiej, mogłaby wychowywać normalnie dzieci. Ta obserwacja nie ma oczywiście żadnej wagi naukowej, ale potwierdzenie tego przez solidne badanie socjologiczne nie wiem czy jest możliwe.

Tu pozwolę sobie na dygresję, dlaczego napisałem „niby-problem LGBT” ?

Po pierwsze, takiego problemu w ogóle nie ma. Od wielu lat w prawie każdej społeczności były osoby o orientacji seksualnej innej niż standardowa i nikt o tym nie wiedział. A nawet jak wiedział, to tolerował. Te osoby musiały się głęboko ukrywać, często żyjąc w ciągłym strachu. Takie osoby w swoim środowisku funkcjonowały jak stare panny lub starzy kawalerowie, albo też trwali w jakimś niezadowalającym związku małżeńskim męcząc siebie i partnera/partnerkę. I nie było żadnego problemu. Nagle problem się pojawił, nie wiem dlaczego, może jest w tym jakiś cel polityczny, np. znaleźć wroga. Widziałem w telewizji transmisję z obrad radnych jakiegoś małego miasta, gdzie potępiono LGBT, ale większość tych radnych nie bardzo wiedziała, co ten skrót oznacza. No ale wróg był w tym momencie potrzebny, więc go znaleziono. Argumentem politycznym jest konieczność ochrony rodziny. Tylko kto tej rodzinie grozi? Natura, ewolucja czy jakkolwiek nazwiemy siłę sprawczą, w swojej mądrości stworzyła pewną pulę osób, które z racji swoich preferencji nie mają własnych dzieci. I te osoby są znakomitymi wujkami i ciotkami dla swoich siostrzeńców i bratanków, wspierając swoje rodzeństwo w trudnych chwilach, np. zastępując rodziców w razie ich choroby lub nawet śmierci. Te osoby bardzo wspierają rodzinę.

Grozi się ludziom, że LGBT ma ideologię, której celem jest wychowanie obiektów do realizacji celów pedofilskich i homoseksualnych. Nie słyszałem dotąd większej bzdury, to już przybliża nieco do definicji urojenia.

Jaka ma być ta ideologia? Co ma głosić? Jaka jest w niej idea? Nikt nie wie, poza tym, że niektórzy ludzie domagają się swoich praw, a także walczą o swoje bezpieczeństwo (bo faktycznie są zagrożeni fizycznie ze strony np. niektórych kibiców piłkarskich). Katoliccy wrogowie LGBT argumentują, że jest to wbrew naturze określonej przez Boga. Tylko o naturze decydują nie poszczególne grupy ludzi, a właśnie Bóg. Inni z kolei krzyczą, że to jest chore i trzeba leczyć. Ale po pierwsze, o tym, co jest chore decydują nie kibice Legii, Widzewa czy Wisły, a lekarze psychiatrzy i seksuolodzy, ze Światową Organizacją Zdrowia na czele, którzy jednoznacznie stwierdzają, że nie jest to choroba. I nie podlega to leczeniu. Zresztą mój homoseksualny znajomy, który zainteresował się wynikami leczenia, nie znalazł w internecie nikogo „wyleczonego”.

Środowiska LGBT domagają się kilku praw – głównie prawa do ślubu. I tu jest właściwie tylko spór o słowa, czy taki związek nazwiemy małżeństwem, czy nie. Na pewno takim związkom należą się prawa cywilne identyczne jak prawa małżeńskie.

I to by było na tyle. To jest cytat z dawnego programu satyrycznego. Dawniej to były porządne programy satyryczne, nie to, co teraz!

PS. Miałem jeszcze dużo do napisania, ale zapomniałem co.

/