REFLEKSJE

Jacek Wciórka

Obietnica Wielkiej Nocy zbiega się w tym roku ze szczytem kolejnej fali pandemii. To jest doświadczenie z wielu powodów trudne, ale pobudzające do refleksji. Oto pamięć wielkiego orędzia nadziei okupionego ofiarą życia współwystępuje z dramatycznym zmaganiem o zdrowie i życie tysięcy ludzi. Wielkie wartości w konfrontacji z ludzkim działaniem. Wielkie pytania, wielkie oczekiwania, niełatwe odpowiedzi.

Mało kto myśli o nadziei lub rozgląda się za nią w dobrym czasie. W czasie trudnym świadomość jej znaczenia dojrzewa, tym szybciej, im trud większy i bardziej złowróżbny. Wtedy staje się potrzebna i niezbędna.

Czas zarazy jest czasem trudnym. Ożywia tematy eschatologiczne, nawet wtedy, gdy wcześniej udało się nam je już niemal odsunąć, wyprzeć lub zapomnieć. Bezradność, samotność, strach, cierpienie, śmierć, sąd, wieczność – zapełniają codzienność, są tuż obok, prawie dotykają, nie dają się zignorować. Nie jest to czas trudu jednostkowego, na którego przezwyciężanie nasza oświecona epoka przygotowała nas lepiej lub gorzej, ale czas trudnego, wspólnego doświadczenia, które za sprawą niewidocznego patogenu coraz bardziej przenikliwie i bezwzględnie ogarnia zbiorowe życie, zmienia mu tory, przestawia zwrotnice, unieważnia rozkłady jazdy. Nadzieja wprawdzie nie umiera, ale nie spełnia zapowiedzi ani tak szybko, ani tak radykalnie, jak by tego oczekiwały nowoczesne i ponowoczesne roszczenia. Trzeba ją pielęgnować wstrzymując zniechęcenie, ważąc decyzje, formując i wytrwale realizując plany. Szanse zachowania nadziei wzmacniają wiara –zawierzenia proponowanym zasadom sanitarnym, i miłość – gotowość solidarnego współdziałania i ofiarności. Te trzy… Bo cóż zdziała nadzieja pokładana w decyzjach i programach, jeśli maski zostają w kieszeni, ręce nie są dezynfekowane, a do szczepienia brakuje szczepionek?

Jako psychiatrzy wiemy, że cięższe kryzysy zdrowia psychicznego wnikliwie testują osobiste zasoby nadziei. Jej dostępność pomaga wytrwać i przetrwać, a niedostatek zamyka przyszłość, zaciska przestrzeń, zanurza w rezygnacji. Unieruchamia i przytłacza. Więzi i dusi. Odbiera wolę i siły, zniekształca poznanie. Wyłącza światło. Odbiera sens wydarzeniom. Doświadczenie kliniczne podpowiada, że zachowanie nadziei jest często ważnym kluczem, pozwalającym chorującym zaufać i współdziałać w zdrowieniu. Niestety, dominacja płytkiego racjonalizmu sprawia, że taki aksjologiczny klucz często pozostaje nierozpoznany i przemilczany, uporczywie ustępując pola zawodnym przecież narzędziom technologicznym. To głównie one budują profesjonalne poczucie prestiżu i mocy oraz wiążą je ze splendorem nauki i „prawdziwej” medycyny. Nawet głośne i poruszające apele pacjentów o wysłuchanie oraz okazanie zrozumienia i serca mają w tej konfrontacji niewielkie szanse. Nie wydaje się jednak, by racjonalizm musiał rugować narzędzia odwołujące się do aksjologii. Odwołanie do wartości (VBM) nie wyklucza odwołania do dowodów (EBM), ale je dopełnia. Możliwość, a także potrzeba odnoszenia się do wartości w niesieniu pomocy, wymaga jednak internalizacji cnót, tj. ważnych wyborów i dyspozycji moralnych. Użycie tu tego starożytnego terminu może budzić uśmiech zaskoczenia, ale zostało przywołane celowo, ponieważ oznacza, że motywowany cnotami profesjonalista sam w sobie staje się narzędziem oczekiwanej (!) pomocy – budzącym albo podtrzymującym nadzieję, zawierzenie czy solidarność. Te trzy… Łatwiej mu wtedy wspierać pacjentów i pomagać im na trudnych ścieżkach i progach wyzwalania się z choroby i powrotu do zdrowia.

A nawet więcej –zaniedbanie lub deficyt postulatów etyki cnót może z wielu powodów ograniczać skuteczność udzielanej pomocy. W przypadkach indywidualnych z powodu, na przykład: słabej więzi terapeutycznej, demobilizującego hasła „oporności na leczenie”, czy iluzji wynikających z niekrytycznego zastępowania uważnego słuchania algorytmami diagnostycznymi lub wskaźnikami laboratoryjnymi.

A w przypadkach zbiorowych? Przykładami jest usiana cała historia traktowania zbiorowości osób chorujących psychicznie – pełna niespełnionych zapowiedzi, popełnionych błędów, głośnych nadużyć, pozornych przełomów, zaniechanych reform. Jej sztandarową instytucją był, albo nadal jest, „szpital psychiatryczny”. Ostatnio w dyskusji nad zmianą jego roli i funkcji pojawiło się pytanie „co jest złego w szpitalu psychiatrycznym?”. Otóż nic, jeśli jest szpitalem, a nie tanim miejscem zsyłki, zaniedbanym izolatorium kłopotliwych osób, tj. gdy udziela pomocy o wysokim standardzie terapeutycznym z niezwłocznym dostępem do wielospecjalistycznych konsultacji, gdy dysponuje do tego właściwą infrastrukturą, wyposażeniem, organizacją i zatrudnieniem zapewniającymi komfort, bezpieczeństwo bez zbędnej opresji i naruszania poczucia godności, gdy jest odpowiedzialnie zarządzany, przejrzyście finansowany i nieuwikłany w polityczne interesy organu właścicielskiego, gdy jego wielkość nie wymusza biurokratyzacji, rytualizacji i totalizacji funkcjonowania, a odpowiada na potrzeby lokalnej populacji, dla której stanowi terapeutyczny wybór wśród innych dostępnych i koordynowanych rodzajów pomocy, gdy nie uzależnia od siebie, nie ogranicza autonomii i nie zniekształca tożsamości.

Z nadzieją, że w nieodległej przyszłości aksjologiczne tu i teraz podmiotów i instytucji ochrony zdrowia psychicznego będzie stopniowo kształtowało nową tradycję językową, w której niezrozumienie, naznaczanie i wykluczanie okażą się zbędne.

/