DOŚWIADCZENIE

Jadwiga Myrtiluk

Tytułowe pytanie jest wynikiem obserwacji zjawiska, jakim jest pamięć. Nie chcę podchodzić do niej szeroko, wręcz przeciwnie – w swojej mikroskali, w swoim mikroświecie. Jej zagadki i niespodzianki bardzo mnie intrygują. Zastanawiam się, dlaczego jakieś zdarzenia z przeszłości wyglądają w moich myślach tak, a nie inaczej; dlaczego konkretne wyspomnienia łączą się ze sobą i na jakich zasadach. Interesuje mnie też proces skojarzeń, w którym jeden element przywołuje ciąg kolejnych. Czasem jest to proces oczywisty, ale częściej muszę dobrze przemyśleć, czy chodzi o zapach, smak, czy na przykład kolor. Ale jak to się ma do nawrotów i powrotów z tytułu, czy w ogóle choroby psychicznej?

Nawrót choroby to trochę taki straszak. Żeby brać leki, dbać o siebie (cokolwiek to znaczy), nie pić alkoholu, chodzić spać o odpowiedniej porze. Dla mnie nawrót nie jest wynikiem zaniedbania tych czynności. Albo może nie tylko, bo zawiera w sobie coś jeszcze – strach. Strach, który jest wspomnieniem poprzednich epizodów choroby. Jeśli ktoś je przeszedł i wie, co wtedy czuł, rozpoznaje emocje i ból, który niesie choroba psychiczna, będzie czuł strach. Moim zdaniem jest to nieuniknione. Kiedyś myślałam, że zawsze będę go czuła, gdzieś za plecami. Że od tego nie można uciec, ani się uwolnić. Myliłam się.

Nie jest łatwo przestać czuć strach. U mnie był to długi, myślę, że około dwuletni proces pracy nad sobą. Nie w gabinecie psychiatry czy psychoterapeuty. To była moja praca, w mojej głowie. Oczywiście, pomagałam sobie, na przykład bardzo dużo pisząc (zawsze był to dla mnie autoterapeutyczny element mojego życia). Nie udało mi się zmienić wspomnień. Sprawić, że magicznie znikną i będę pamiętać epizody psychotyczne zupełnie inaczej albo wcale. To tak nie działa. Ale w mojej pamięci udało mi się posprzątać na tyle, że stwierdziłam, iż to co już przeszłam, było najgorsze w moim życiu. I nadal tu jestem. Co więcej, tworzę stabilną, mocną rzeczywistość, w której jest jednak miejsce na chorobę. Ona nie odeszła i nigdy nie odejdzie. Zmiana nastąpiła w moim postrzeganiu tego elementu świata.

Zdaję sobie sprawę, że bez wymienionych wyżej psychiatrów i psychoterapeutów nie mogłabym sama przejść takiej drogi. Dzięki nim nauczyłam się korzystać z różnych narzędzi. Korzystam z nich codziennie i są dla mnie ogromnym wsparciem. Gdy czuję się źle, to PRZYPOMINAM sobie, czy – bardziej metaforycznie, wyławiam z pamięci to, co mi pomaga. Nie zawsze trafiam od razu. Nie zawsze w ogóle trafiam. Ale czuję większy spokój, bo wiem, że gdzieś w mojej pamięci, dzięki temu, co wcześniej przeżyłam, są sposoby na to, co przeżywam teraz.

A nie przeżywam niczego nowego, czego wcześniej bym nie doświadczyła. Zazwyczaj są to sytuacje związane ze stresem, nadmierną koncentracją na sobie czy brakiem koncentracji, albo przebodźcowaniem. Wiem, jak mogę się wtedy zachować. Nie jestem już schizofreniczką sprzed dziesięciu lat, którą załamuje każdy powiew wiatru. Zyskałam bardzo dużo siły. Właśnie z tych złych rzeczy. Bardzo nie lubię powiedzenia „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Nie wszystko, co stawia nas na granicy i z niej nie spycha, wzmacnia. Ale na pewno pozostawia ślad. Może być trwały, jak blizna czy tatuaż, może być tylko zadrapaniem. A siła pochodzi raczej z tego, czy mimo blizn i nierówności potrafimy żyć.

Często myślę o tym, co mogę dla siebie zrobić. Żeby czuć się lepiej, bardziej komfortowo. Żyć w zgodzie ze sobą itp. Rzeczy, które robiłam przed chorobą nie działają, mimo, że w mojej pamięci są wciąż kolorowe, czasem nawet za bardzo. Mój mózg mówi mi, że przecież nastąpiła zmiana, że jestem inną osobą i to oczywiste, że dawne sposoby nie zadziałają. I tak, w różnych gorszych momentach nauczyłam się nie obwiniać. I nie bać, że łzy czy niepokój prowadzą do nawrotu. Nie, to tylko powracające emocje, które niosą ze sobą, oprócz bólu, bardzo dużo piękna.

/