SNOBISTYCZNO-PRETENSJONALNY FELIETON GRAFOMAŃSKO-PLOTKARSKI

Bogusław Habrat

Krosno leży dokładnie w połowie drogi między dwoma kulturowymi stolicami Polski: Lwowem i Krakowem. I dlatego ma w herbie pół lwa i pół orła. Ale to właściwie tylko poprzeczka w literce „T”, bo Beskid Niski zdefiniowany jest raczej pniem literki „T” i kontaktami z południem. Na południe wiodą mniej lub bardziej ponure, wspinające się do przełęczy doliny, by opaść na kiedyś węgierskie, potem słowackie i czechosłowackie, a teraz znów słowackie i trochę rusińskie odpowiedniki beskidzkich dolin. Na potęgę przewożono tu legalnie i przemycano wina węgierskie. Bogaciły się miasteczka i ich właściciele, a od czasu do czasu przetaczały się boczne, mniej znane Historii nurty wojenne, które charakteryzowały się znacznie większym okrucieństwem niż wojny nizinne. Miasta traciły swą miejskość, a wsie się całkowicie wyludniały i porastały kiepską olchą szarą, choć gdzieniegdzie na wiosnę zakwitały małymi kwiatkami zdziczałe jabłonie i wiśnie. Po wielu wsiach pozostały jedynie nazwy i wielkie lipy na wzgórzach, jako pozostałości po nieistniejących już świątyniach. Właśnie: świątyniach. Bo wyznań było tu wiele, więc i trochę kościołów katolickich, ale i cerkwi orientowanych na Kijów, Moskwę albo unickich. Zresztą była tu znaczna dynamika i świątynie „reorientowano”, przekształcano i niszczono. Przypadki współużytkowania były krótkie i konfliktorodne. I tak jest do dziś. Wszędzie dużo zapiekłych emocji spowodowanych i zniekształconych krzywdami osobistymi, i pamięcią grupową. Jedno co jednoczy, to niechęć estetyczna do ruin skądinąd interesującego eksperymentu ekonomicznego, jakim było powstanie imperium Igloopolu.

Miłośnicy klimatów wielokulturowości i naturszczykowstwa raczej mieszali butami błoto w Bieszczadach, niż w Beskidzie Niskim, choć przenikanie kulturowe i zawieruchy były nieporównanie większe i bardziej różnorodne w tym ostatnim, bo nie tylko na osi wschód-zachód, ale i na osi północ-południe. Beskid Niski kulturowo „odkrył na nowo” Miron Białoszewski, choć nie zapuszczał się bardziej na południe niż do Daliowej. Dziw nad dziwy, ale nie ma większego piewcy tych terenów niż on, a ulic jego imienia nie uświadczysz… Dziwne to, ale może to miejscowy konserwatywny sceptycyzm do nieheteronormatywności? Tym bardziej interesujące, że Marii Konopnickiej to jakoś nie zaszkodziło.„Ale co tam baba z babą może zgrzeszyć…” – jak mi wyjaśniano.

Od Daliowej rzut beretem do Jaślisk, które były znaczącym punktem mytowania i składowania win i innych dóbr płynących z i do Węgier. Przełęcz Dukielska stała się na tyle atrakcyjna, że szlak na Węgry przez Jaśliska zarósł, a miasto stało się najpierw miasteczkiem, a potem zdegradowało się do wioski. Wieki kryzysu ekonomicznego spowodowały skansenizację Jaślisk, przez co stały się atrakcyjne dla filmowców. Filmy spowodowały tak duże zainteresowanie ceprów, że organizowane są tam atrakcyjne festiwale filmowe.

Drugim re-odkrywcą Beskidu Niskiego (ale raczej jego wschodniej części, od Dukli) okazał się Andrzej Stasiuk, ale raczej dla „warszawki”, niż dla „tutejszych”. Realizm jego książek budzi nieufność, czy czasem nie obśmiewa miejscowych, a poza tym w opowiadaniach wypuszcza się trochę za daleko: przez Rumunię do Turcji (świetny „Taksim”, nie gorsze: „Jadąc do Babadag”), co było udziałem tylko nielicznych eksploratorów południa Europy z czasów stoisk na łóżkach składanych.

Transformacja ustrojowo-ekonomiczno-kulturowa spowodowała uniformizację w sferze estetycznej, ale zaowocowała też nieprawdopodobnym zwiększeniem zainteresowania własnymi terenami u Beskidzian Niskich (poza mną nikt się nie identyfikuje z tym terminem). Tym bardziej, że pomaga w tym strumień judaszowych srebrników na projekty transgraniczne. Legendarna zaradność ekonomiczna miejscowych skutkuje budzącym podziw naciąganiem finansowania lokalnych potrzeb pod pojęcia transgraniczności.

W ostatnim roku odwołano festiwal transgraniczny połączony z festiwalem win węgierskich, ale miejscowe restauracje kontynuują serwowanie obfitych dań inspirowanych kuchnią węgierską (różnica: smaczniejsze niż podawane na Węgrzech) (dla mniej zasobnych). Względną nowością jest chwalenie się wołowiną z byków piemonckich pasionych na beskidzkich łąkach (dla snobów) i bardziej egalitarne konsumowanie miejscowych serów. W jednym z hotelików karta dań jest równie czytelna jak menu z restauracji w Indonezji lub na Węgrzech. Czanachy, kiesałycia, hreczanyki, fuczki… Trochę przepisów zdobyłem, część udoskonaliłem… Może choć pośmiertnie zostanę nobilitowany przez prof. B. zamieszczeniem przepisu np. na zmodernizowane hreczanyki, choć pewnie z suchego przepisu wypadłyby nieodzowne czary-mary.

Anna Netrebko w Beskidzie Niskim nie była i, o ile wiem, nie wybiera się tam.

/