AUTOBUSOWE SUPER-WIZJE

Łukasz Święcicki

Słowo „psacer”, oznaczające szczególny rodzaj spaceru z psem, wymyśliło się samo. Czy przypadkiem nie tak jest ze wszystkimi najlepszymi określeniami? Podczas pisania innego felietonu niechcący napisałem w ten sposób i zorientowałem się, że właśnie tak chciałem napisać, tyle tylko, że wówczas nie wiedziałem, że chcę. Nie wiem, czy wszyscy ludzie tak mają, ja mam tak bardzo często i przestałem się już dziwić.

Pierwszy psacerek w moim życiu był bardzo krótki, choć wówczas jeden krok dla człowieka był wielkim krokiem dla ludzkości. Kiedy miałem półtora roku, odbyłem psacerek do psiej miski z psem, którego imienia nie pamiętam (konwencja, zgodnie z którą psy nie mają imion, tylko „się wabią”, jest według mnie całkowicie nie do przyjęcia!). Nie wiem kto wygrał, ale jedliśmy obaj. Chyba jajecznicę?

Czy mogę to pamiętać? Zapewne nie mogę, ale pamiętam. To było w Borowiczkach, tam gdzie robią się takie efektowne zatory lodowe na zakręcie Wisły. Pamiętam wiele rzeczy, których pamiętać nie mogę. Dla równowagi nie pamiętam także coraz więcej rzeczy, które pamiętać powinienem. Więc się to pewnie wyrównuje.

Na pewno drugim psem, z którym odbywałem psacerki, jeszcze nie psacery, gdyż byłem dzieckiem, był Saba. To było w Laskach, chyba w latach 1965-1975. Tak mniej więcej. Saba był jak najbardziej psem rasy męskiej. Mój Tata dał mu oczywiście imię na pamiątkę psa należącego do Nel z „W pustyni i w puszczy” (to taka zakazana patriarchalna książka z udziałem osób pigmentododatnich), jednak w Laskach, nie na wsi, lecz na terenie należącym do klasztoru sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, gdzie mieszkali wówczas Rodzice, i gdzie nadal mieszka moja Mama, Saba kojarzyła się jedynie ze słynną biblijną królową, która romansowała z Salomonem, w związku z tym niemal każdego dnia musiałem tłumaczyć jakiejś zakonnicy, że to nie jest ona-Saba tylko on-Saba. I to właśnie tłumaczenie nadawało biblijno-filozoficzny ton naszym psacerkom.

On-Saba był chyba równie mądry jak jego królewska imiennica, był walecznym kundlem, białym, pokrytym piegami czarnych kropek. Jakby jakiś dalmatyńczyk na krzywych nóżkach czy coś. Był też Saba bardzo romansowy i przez wiele lat większość piesków w okolicach Lasek i Izabelina była w czarne kropki…

Kolejne psy to już zdecydowanie psacery, nie psacerki. Korek, zawadiacki jamnik szorstkowłosy, który zginął tragicznie wkrótce po urodzeniu się mojej pierwszej córki Anieli, a potem Foczka zwariowana charcica polska, biała w duże czarne łaty (ideowo jednak trochę podobna do Saby), której nie można było w żaden sposób opanować, i którą musieliśmy oddać, ponieważ nie mogliśmy sobie z nią poradzić. Miała potem bardzo fajne życie z nowym właścicielem…

Potem było sporo lat przerwy, ponieważ mieszkaliśmy z moją Babcią, która miała swoje psacery ze słynnym, znanym raczej z mądrości niż urody Kleksikiem i nieznaną ani z tego, ani z tamtego Pchełką, niech mi Pchełka wybaczy.

Po śmierci Pchełki psy wróciły do naszej części mieszkania, które dzieliliśmy z Babcią przez niemal 20 lat. Pierwsza była Szpulcia, terierka szkocka, która była z nami przez 16 lat. Psacery ze Szpulcią były mocno szczególne, ponieważ Szpulcia chodzić nie lubiła, a jak czegoś nie lubiła, to i nie robiła. Pisałem już o tym zresztą lata temu. Żeby jakoś tę niemoc przełamać, korzystałem z dwóch różnych sposobów. Po pierwsze, chodziłem po Żoliborzu nosząc psa na rękach. Szpulcia zwisała mi na rękach bezwładnie, ponieważ bardzo lubiła tę pozycję. W związku z tym na ogół wszyscy sądzili, że piesek wpadł pod samochód i niosę go do weterynarza. Muszę przyznać, że niezmiennie mnie to bawiło. Jestem absolutnie pewien, że Szpulcię, która była nieźle pieprznięta, te sytuacje bawiły co najmniej tak samo jak mnie, w związku z tym starała się wyglądać jak kompletnie zdechła. Ależ było fajnie, jakby powiedziały dzieci z Bullerbyn…

Drugi sposób był jeszcze dziwniejszy i chyba dostarczał nam jeszcze więcej radości. Zostawiałem Szpulcię pod lipą, na dole Wiaduktu Gdańskiego, a sam biegałem po Wiadukcie – na stronę Śródmieścia i z powrotem. Psacer polega na tym, że trzeba chodząc lub biegając pomyśleć i coś wymyślić. Może innym ludziom to przychodzi szybko, ale mi nie aż tak – na ogół musiałem przebyć około 10 km… To zajmuje trochę czasu. Dla Szpulci jednak było to zupełnie bez różnicy, ponieważ miała tralfamadoriańskie poczucie czasu[1], w związku z tym, ile bym tam nie biegał, tyle ona tam stała. Jednak nie wszyscy obywatele są w stanie to zrozumieć i często gęsto trafiali nam się obrońcy zwierząt, którzy próbowali obronić Szpulcię przed nią samą i spod drzewa ją zabrać.

Swoją drogą, jak wielu ludzi próbuje innych bronić przed nimi samymi, zupełnie nie rozumiejąc, co się tak naprawdę dzieje – to się po prostu nie mieści w głowie. Bez mała co drugi poważny problem psychiatryczny jest jakoś związany z tym, że ktoś przeprowadzał staruszkę przez jezdnię wbrew jej woli, a potem się dziwił, że ona wierzga i krzyczy. Ludzie! Wypuście trochę powietrze!

Szpulcia problemów psychiatrycznych nie miała, bo się zabrać nie dała i sobie na mnie czekała zgodnie z umową. Zasadniczo jest to dobra postawa, którą polecam, bo może pomóc. Choć nigdy nie należy absolutyzować w tym względzie. Dowiedziałem się właśnie z niezwykle ciekawej książki Mikaela Launaya „Teoria parasola”, że wszyscy poruszamy się z prędkością światła, przez cały czas, a różnią nas jedynie wektory. No i Szpulcia to wiedziała już przede mną.

Ostatecznym, a może i ostatnim, choć przykro tak myśleć, objawieniem w moim życiu jest Boryś. Boryś chodzi, biega, lata w sposób niezmordowany. Od pięciu lat robimy co najmniej 100 kilometrów tygodniowo. Oczywiście cały czas poruszaliśmy się z prędkością światła, więc nasz niewielki względny ruch nie ma zasadniczo żadnego znaczenia. Było nam jednak tak miło i uroczo, że trudno mi to przekazać. Dlatego psacerom z Borysiem będę musiał poświęcić tekst osobny. Nie pierwszy, ale też zapewne nie ostatni…

Psacerujcie. W tym wasza nadzieja.

PS. Więcej różnych moich tekstów i felietonów można teraz znaleźć na facebooku, na fanpage’u zatytułowanym „Silva Rerum czyli czytane w autobusie”. Bardzo wszystkich Czytelników zapraszam. Teksty pojawiają się tam zdecydowanie częściej niż raz na kwartał!!

/


[1]Wyjaśnienie – patrz Kurt Vonnegut Jr. „Rzeźnia numer pięć, czyli Krucjata dziecięca, czyli Obowiązkowy taniec ze śmiercią”