PRZEMYŚLENIA ZESTRESOWANEGO PSYCHIATRY

Ireneusz Cedeński

Mój sąsiad jest bardzo starym człowiekiem. Kiedy byliśmy młodsi i bardziej ciekawi siebie nawzajem, opowiadał mi różne zabawne historyjki z czasów, gdy służył w Ludowym Wojsku Polskim jako oficer artylerii (na marginesie: nie należy z tego wyciągać pochopnie wniosku, że jego wieloletnia służba była pasmem zabaw i uciech. Po prostu sprawia on wrażenie człowieka, który przykrych rzeczy nie lubi rozpamiętywać, a zabawnymi wspomnieniami chętnie się dzieli. Może w tym tkwi sekret jego długowieczności?).

Jednym z miejsc, gdzie wypadło mu tę służbę odbywać, była jednostka wojskowa w Gołdapi. Większość z czytelników „Psychiatry” pewnie nie wie, że to urocze miasteczko położone jest tuż przy granicy z Obwodem Kaliningradzkim na obszarze Mazur Garbatych. Można tam zimą zupełnie przyzwoicie, jak na nasz nizinny kraj, pozjeżdżać na nartach, bo nad Gołdapią góruje znacznych rozmiarów wzgórze. Były też plany stworzenia tam ośrodka narciarstwa biegowego, bo zimy tam są (a przynajmniej były) bardzo długie, mroźne i śnieżne. Oprócz niewątpliwych mankamentów służby wojskowej i pobytu w okolicy, do której wiosna przychodzi w drugiej połowie maja, a zima zagląda już od października, były zdaniem mojego sąsiada także niespodziewane zalety. A mianowicie: zamiecie śnieżne nierzadko odcinały Gołdap od reszty kraju. W pagórkowatym terenie w dolinach tworzyły się (może się jeszcze kiedyś odtworzą?) ogromne zaspy śnieżne, które nie tylko uniemożliwiały dotarcie tam samochodem, ale nawet koleją. Zdarzało się to dość często, każdej zimy; nikt nie robił z tego powodu paniki, nie ogłaszał stanu klęski żywiołowej. Wówczas gołdapscy oficerowie artylerii obniżali swoją gotowość bojową do niezbędnego minimum, a może nawet w pewnych momentach schodzili jeszcze poniżej, głębiej, gdyż mieli pewność, że w tym czasie nie dotrze do nich żadna inspekcja. I raczyli się obficie napojami powszechnie uznawanymi za szkodliwe, gdy spożywane są zbyt często i w nadmiernych ilościach.

Jednostka ta nie była jednak jakimś zapomnianym przez, dzisiaj powiedzielibyśmy Boga i ludzi, a wówczas należało powiedzieć dowództwo i kierownictwo miejscem. W żadnym razie! Z racji swojego dyskretnego położenia, jak wspominał mój sąsiad z pewnym rozrzewnieniem, a nawet niejakim ożywieniem, jako bodaj pierwsza w kraju otrzymała nową tajną broń rakietową. Sąsiad nie zdradził mi do tej pory danych taktyczno-technicznych tej broni. Z zawodowego nawyku, a może po prostu już zapomniał. Obecność tej broni miała być utrzymana w ścisłej tajemnicy. Jakież było zdziwienie (osobiście myślę, że graniczące z uczuciem obrzydzenia) dowódcy jednostki, gdy nazajutrz po przejęciu tych rakiet na swój stan otrzymał on raport kontrwywiadu stwierdzający, że wszystko się wydało, że właśnie o gołdapskich rakietach mówiono w Radiu Wolna Europa. Utarło się przekonanie, że przyczyną feralnego przecieku było nie co innego, tylko fatalne położenie jednostki – u podnóża malowniczego wzgórza, z którego jak na dłoni widać było plac manewrowy i wszystkie zabudowania. Trzeba było szybko te rakiety oddać komuś innemu.

Jako podporucznik rezerwy-lekarz bez przydziału mobilizacyjnego mogę się chyba pokusić o konstatację, że to strategicznie dogodne położenie okazało się taktycznie błędne. Zawiodło maskowanie i inne gry pozorów. Jako lekarz psychiatra wyciągam inny wniosek – nic się nie ukryje w lokalnej społeczności. I teraz dokonuję śmiałego manewru przeskakującego z podwórka sąsiada na własne. I zadaję sobie i czytelnikom pytanie: jakież to obserwacje i wnioski wyciągają z reformy psychiatrii w Polsce psychiatrzy, którzy z różnych, najczęściej zupełnie od nich niezależnych względów, nie uczestniczą w niej. Czy obojętnie idą swoją drogą, nie zwracając uwagi na to, co ktoś w bliższym lub dalszym sąsiedztwie majstruje w psychiatrycznej materii? Czy odczuwają lęk, czy nadzieję? A może jakąś mieszankę obu. Tymczasem reforma postąpiła naprzód i umocniła się na zajętym przyczółku. Bez maskowania ani manewrów pozorujących. Można oglądać, dotykać, pytać, polemizować.

/