PSYCHIATRA W OPERZE

Katarzyna Prot-Klinger

Carmen jest operą, której treści nie trzeba przywoływać. Przedstawiana jest z reguły jako opowieść o niestałej w miłości femme fatale, która wiąże się z mężczyznami celem ich zniszczenia. Nie sposób jej się oprzeć i również żołnierz Don Jose nie nie jest w stanie nie odpowiedzieć na jej uwodzicielską, niemal czarodziejską moc.

„Dobry”, spokojny, niezainteresowany przygodami z kobietami Don Jose stanowi wyzwanie dla Carmen. Uwodzi go i oczywiście porzuca dla kolejnej ofiary – torreadora. Don Jose jednak nie daje się porzucić (jak zapowiadał) i Carmen płaci życiem. Scena ta bywa przedstawiana jako dramatyczne zwarcie kochanków (na przykład w inscenizacji Chyry), jakby zapominając, że de facto mamy do czynienia z brutalnym morderstwem bezbronnej ofiary. W tym nurcie interpretuje Carmen Lech Majewski, reżyser inscenizacji obecnej w Teatrze Wielkim od 1995 roku: „W większości kultur byk jest symbolem nocy, mrocznych sił pożądania, zazdrości i gniewu niweczących wewnętrzny spokój i wiodących ku samozniszczeniu – słowem, jest symbolem tego wszystkiego, o czym traktuje „Carmen”. Rytualne zabicie byka i ofiarowanie go na ołtarzu oznacza zatem pozbycie się niskich instynktów i umożliwia przejście na poziom wyższy, duchowy. Śmierć Carmen w finale splata się ze śmiercią byka”[1]. Brzmi niepokojąco. Czyżby Don Jose mordując Carmen przechodził na wyższy poziom duchowy? W tym samym programie operowym cytowany jest Michel del Castillo, francuski pisarz po studiach psychologicznych, który twierdzi, że „Carmen chce zrobić z Don Josego mężczyznę. I rzeczywiście, Don Jose, zabójca swej niewiernej kochanki, w oczach wielu staje się mężczyzną. W Hiszpanii zabija się często. Zawsze są to zbrodnie w afekcie. Gdy chodzi o honor, mężczyźni nie żartują. To znaczy, gdy w grę wchodzi cnota ich kobiet”[2].

Na stronie Metropolitan Opera możemy obejrzeć interpretację Richarda Eyre, w której Don Jose jest reprezentantem świata, w którym mężczyzna może (a być może nawet powinien) zabić kobietę, która nie poddaje się jego woli. Sama scena zbrodni nie jest romantycznym dialogiem czy kłótnią kochanków, ale obrazem przemocy. W inscenizacji MET ważną rolę odgrywają symbole – Don Jose w ostatnim akcie ma zawieszony na szyi krzyż, ten krzyż pokazuje Carmen, próbując przywołać ją do porządku. Użycie w ten sposób symbolu kościoła akcentuje, że zabójstwo jest konsekwencją pozostawania w tradycyjnym porządku religijnym i społecznym. Inaczej niż w nowej inscenizacji Andrzeja Chyry w Teatrze Wielkim z 2018 roku, gdzie Don Jose jest owładnięty przez diabła.

Porządek społeczny zaznaczony jest od pierwszej sceny z Micaelą i żołnierzami, która w reżyserii Richarda Eyre sugeruje molestowanie, a być może próbę gwałtu. Także rola żołnierzy w rozdzielaniu bijących się kobiet i wymierzaniu sprawiedliwości (na co nie godzi się Carmen) pokazuje, do kogo w tym społeczeństwie należy władza. Ten jasny podział władzy mężczyźni – kobiety rozgrywany jest przez całą operę. W tym ujęciu Carmen jest buntowniczką, nie godzi się na przemoc, ale oczywiście nie ma szans na wygraną – w świecie rządzonym przez mężczyzn musi zapłacić za bunt.

Los Carmen można wpisać w losy milionów kobiet zabitych i zabijanych przez mężów i kochanków przy próbie odejścia czy innego sprzeciwu wobec władzy absolutnej.

Carmen jest Cyganką, bo tylko w ten sposób można wytłumaczyć w XIX wieku jej pęd do wolności. Oczywiście w „cygańskim świecie” także rządzą mężczyźni. Być może próbą osiągnięcia niezależności jest wzięcie kochanka z poza jej świata.

Filozofia, a także psychologia Carmen jest jasno wyrażona od Habanery:

„Miłość to cygańskie dziecię,
Co nie uznaje żadnych praw.
Jeśli mnie nie kochasz, ja pokocham ciebie.
Jeśli cię pokocham, pilnuj się!”

aż do ostatniego dialogu z Don Jose:

„Carmen nigdy się nie podda!
Urodziła się wolna i umrze!”

Kuszące jest oczywiście diagnozowanie Carmen – pewnie większość chętnie widziałaby ją w kategoriach borderline – idealizacja/dewaluacja obiektu, bliskość prowadzi do zerwania. Ale… czy diagnoza borderline nie jest współczesną histerią? Sposobem, w jaki chętnie określamy pacjentki trudne, zbuntowane, sprawiające „kłopot”? Bo z drugiej strony, Carmen nie obawia się (jak pacjenci borderline) porzucenia, wręcz zachęca Don Jose do zostawienia jej w spokoju. No to może ma cechy narcystyczne, bo wybiera torreadora? Ale przedtem wiąże się ze „zwykłym żołnierzem” mając możliwość związku z oficerem. Może jest po prostu silną osobowością, która chce sama wybierać swoich partnerów, co jest całkowicie nie do pomyślenia w tradycyjnym układzie społecznym.

Większy problem możemy mieć z Don Jose. Możemy oczywiście uznać, że „oszalał”, czy został „opętany”, ale spróbujmy zastanowić się, co poza czarami Carmen czy opętaniem diabelskim mogło doprowadzić go do zbrodni. Don Jose przedstawia się nam w dialogu z Micaelą, zakochaną w nim i mu przeznaczoną dziewczyną z jego wsi – mężczyzna związany z matką, ukochana ma być jej „przedłużeniem”. Symbolicznie Micaela całuje go pocałunkiem matki. Otto Kernberg uznałby go pewnie za pacjenta z dominującym konfliktem edypalnym. Obrona przed nieuświadomionym edypalnym pragnieniem matki prowadzi do rozszczepienia na seksualny obiekt miłości i idealizowany obiekt pozbawiony seksualności. Jest to rozszczepienie na Madonnę i Prostytutkę reprezentowane przez Micaelę i Carmen. „Odpokutowanie nieuświadomionych win za zakazane, edypalne tęsknoty może się ujawnić w wyborze przynoszących rozczarowanie, nieosiągalnych lub karzących obiektów miłości”[3]. Sprzyja temu także, według Kernberga, religijna atmosfera uznawania seksu za obszar „brudu”. Pacjenci ci dumni są z „moralnej czystości”. Don Jose na pytanie oficera, czy dziewczyny z fabryki są ładne, odpowiada z wyższością: „Nie wiem, w ogóle mnie to nie interesuje”. Często takiej konstrukcji psychicznej towarzyszy zamiłowanie porządku. Don Jose mówiąc: „Przyczepię sobie do munduru szpikulec do czyszczenia broni. Mam do niego specjalny łańcuszek” nie chce zrezygnować z „porządku wojskowego” nawet dla Carmen. Dezerteruje nie z miłości, ale z zazdrości i męskiej ambicji.

I dlatego też zabija. Nie jest tak, że Don Jose zabija „z miłości”. Ostatecznym powodem jest zazdrość i „honor”: „Duszy zbawienie poświęcę, żebyś ty, podła, nie śmiała się ze mnie w jego ramionach. Nie, nie puszczę cię!”.

Ciekawym wątkiem jest równoczesna śmierć Carmen i byka. Nie zgadzam się z Lechem Majewskim, że byk jest ofiarowany. Jest, podobnie jak Carmen, zaszlachtowany w nierównej walce, żeby mężczyzna – torreador mógł z zarozumiałością śpiewać o „święcie odwagi”. Zrównanie Carmen z bykiem jest zrównaniem przemocy i okrucieństwa, pokazaniem społeczeństwa, w którym możliwe jest zabicie byka lub kobiety z powodu męskiej ambicji.

Oczywiście piszę o Carmen jako patronce kobiet niezależnych, odważnych, gotowych ponieść konsekwencje walki o swoje prawa. Tych, które są dzisiaj na ulicach.

/


[1]G. Bizet Carmen. Teatr Wielki – Opera Narodowa. Warszawa 2008

[2]J.w.

[3] O.F. Kernberg Związki miłosne. Zysk i S-ka Wydawnictwo. Poznań 1998, s.96