REZYDENCJA

Anna Szczegielniak

„Bardzo proszę, niech Pani założy maseczkę, tu naprawdę nie wolno przebywać bez niej…” – jeszcze nie przekroczyłam progu SORu, a już dotarł do mnie poirytowany ton głosu ratowniczki, która z hukiem zatrzasnęła drzwi za sobą. Z jej postawy można było wywnioskować, ze nie powtarza tej uwagi po raz pierwszy. Pod drzwiami – zupełnie niezaskakująco – kolejka, która ludziom z moim Peselem może kojarzyć się już tylko z filmami Barei.

W klaustrofobicznym korytarzyku, jak za najlepszych czasów przedepidemicznych, stali na sobie pacjenci z wypisanym bólem na twarzy, ich bliższa i dalsza rodzina, przyjaciele, koleżanki, sąsiedzi, współpracownicy, taksówkarze, dostawcy posiłków w różnych konfiguracjach, zagubieni poszukiwacze szpitalnej kaplicy z oddziału interny i zupełnie przypadkowi przechodnie. Był też pojedynczy przerażony listonosz, no i sanitariusz z neurologii, z którym rzuciliśmy sobie porozumiewawcze „cześć” po przekątnej tego bałaganu.

Spojrzałam przed siebie z determinacją – 3 metry dzieliły mnie od wejścia odgradzającego zwykłych śmiertelników od bohaterów w różnokolorowych kitlach i kombinezonach. Szybko oceniłam swoje dość marne szanse na dotarcie do niego bez niepotrzebnego, lecz bezpośredniego kontaktu z zakichanymi, słusznie poddenerwowanymi ludźmi. Dlaczego słusznie? Bo na tych 10 m.kw. pewnie od kilku godzin czekają na przyjęcie lub informację, co się dzieje z tymi, którzy za magiczne drzwi oddziału ratunkowego ostatecznie trafili. Nastroje, ogólnie rzecz ujmując, przypominały podpaloną beczkę prochu. Co więcej, jedno spojrzenie i już miałam przed sobą przekrój mody polskiej z najnowszymi trendami zakrywania twarzy i noszenia tych nieszczęsnych maseczek. Pod brodą, za uchem, na czole, z wystającym nosem, w kieszeni, z przyłbicą… po drugiej stronie byli ludzie schowani za arafatkami, szalikami lub rękawami własnych kurtek, a między nimi jeszcze ci najbardziej oddani sprawie bezpieczeństwa, w strojach przypominających jednorazową burkę.

W niewielkim lęku aż dwa razy dezynfekowałam ręce, co spotkało się z jawną dezaprobatą tłumu i gniewnymi spojrzeniami. W sumie trudno się dziwić, przecież patrząc na zaopatrzenie naszych oddziałów i bez epidemii NFZ ledwie dyszy. A ja sobie od tak, psik-psik, wyłudzam, co mi się nie należy. Do tego z kieszeni wypadła mi rękawiczka. Jedna, ale jednak. Echem rozniosło się to paskudne pacnięcie lateksu o zabrudzone kafle, a ja czułam się jakbym była w gościach u Griega, skradając się po grocie Króla Gór. Na kolejne koszta naciągam to moje państwo, a jeszcze nawet nie zaczęłam konsultacji, na którą zostałam wezwana. Okulary mi już zupełnie zaparowały, więc po omacku, wzdłuż ściany poruszałam się w znanym mi kierunku.

Doświadczałam w tym czasie bardzo rzadkich uczuć tęsknoty do porzuconych, młodzieńczych marzeń bycia paleontologiem i socjalizacji głównie ze skamielinami. Przeciskałam się, lawirując między zgromadzonymi, masochistycznie marząc o tym, by zająć się już tym, co lubię najbardziej i od czego zazwyczaj się tu pracę zaczyna, czyli kłótnią, kto ma przyjąć kartkę. Kiedy wreszcie dotarłam i złapałam za klamkę drzwi, upatrując w niej Świętego Graala tej epidemiologiczno-wątpliwej wyprawy na ratunek zdrowia psychicznego cierpiącego na nadmiar amfetaminy w krwioobiegu mieszkańca Bytomia, kątem ucha wbrew sobie wyłapałam słowa młodej kobiety. Dziewczyna, jednocześnie intensywnie gestykulując, głośno mówiła do swojego zaaferowanego słuchacza: „Słuchaj, ściągaj to z twarzy, przecież korona, to nie HIV!”. Co ciekawe, właśnie tego dnia obchodziliśmy Światowy Dzień Walki z AIDS i dokładnie te słowa dzwoniły mi w uszach jeszcze długo po powrocie na klinikę.

Pierwszy dzień grudnia to moment, kiedy ludzie na całym globie jednoczą się pod znakiem czerwonej wstążeczki, aby okazać wsparcie osobom żyjącym z HIV oraz pamiętać o tych, którzy stracili życie z powodu AIDS. W tym roku Światowy Dzień Walki z AIDS odbywał się pod hasłem „Globalna solidarność, wspólna odpowiedzialność” i był ważnym, ale jednocześnie bardzo przygnębiającym przypomnieniem, że chociaż na pierwszych stronach gazet walczymy z zupełnie nowym zjawiskiem, jakim jest COVID-19, to wokół nas jest o wiele więcej epidemii, a tylko ta jedna zabrała przez ostatnie dekady około 33 miliony istnień (ba, w 2019 r. przybyło 1.7 miliona nowych zakażeń!). I chociaż HIV z SARS-CoV-2 trudno porównywać, są to bowiem różne od siebie wirusy, z charakterystycznymi dla siebie modelami transmisji czy progresji, wydaje się, że możemy się wiele nauczyć z doświadczeń, jakie zdobyliśmy na wszystkich szerokościach geograficznych przez ponad 40 lat walki z HIV/AIDS.

Pierwszą, bardzo istotną lekcją dla nas wszystkich, jest wpływ epidemii na wzmocnienie nierówności społecznych w dostępie do opieki zdrowotnej, a także nieproporcjonalnie większe konsekwencje, jakie ponoszą przedstawiciele populacji marginalizowanych, w tym również pacjenci z zaburzeniami psychicznymi, dzieląc ze sobą niektóre społeczne determinanty zdrowia. Na wiosnę krążyło w mediach społecznościowych hasło #zostanwdomu. Ok, ale co, gdy tego domu nie mam? Czy to już jest koniec i nie ma dla mnie nic? Przez cały okres epidemii, ale szczególnie w ostatnim czasie, na forach lekarskich pojawiały się pełne frustracji (jak najbardziej zrozumiałej) wiadomości, w których „pacjent nie chce się poddać wymazowi / podaje złe dane / chce się wymigać od izolacji”. Poza stygmatyzacją, jaka związana jest z każdą chorobą zakaźną i ma wpływ na wiele codziennych decyzji, trzeba się zastanowić – może nie zawsze jest to wynik li i wyłącznie chęci wygody, bo czy wszystkich stać na taką nieoczekiwaną przerwę od pracy? Warto pomyśleć o tym w czasach, gdy umowa o pracę jest szczytem marzeń szarego człowieka.

Po drugie, ograniczenie epidemii to nie odgórnie nakładane, coraz bardziej absurdalne obostrzenia, uprawianie stałego zaprzeczania w mediach publicznych czy upolitycznienie walki o zdrowie obywateli, ale podejście, które szerzy dokładne informacje i udostępnia narzędzia zapewniające zwiększenie bezpieczeństwa. Nie możemy wymagać „absolutnego ograniczenia transmisji”, ale promujmy wszystko to, co minimalizuje jej ryzyko. Pamiętajmy, że edukacja zdrowotna przynosi oczekiwane efekty, gdy prowadzona jest w społecznościach przez osoby, które rozumieją problemy jej członków, potrafią mówić ich językiem i odpowiadać na faktyczne potrzeby. Tęgie głowy ze szklanego ekranu nic nie wskórają.

Po trzecie, przestańmy wreszcie szukać winnych, zarówno w odniesieniu do samego wybuchu epidemii (tak, Bill Gates…), jej rozprzestrzeniania (czyż nie pojawiły się w mediach złowieszcze komentarze wystrzegające nas przed „zakażeniami” przybywającymi w postaci imigrantów?) oraz prób, mniej lub bardziej udanych, opanowywania wirusa. Ani pacjenci, ani urzędnicy, ani poszczególni pracownicy sektora ochrony zdrowia nic nie poradzą, gdy zalewani są co drugi dzień nowymi nakazami, obowiązkami i dyrektywami, które nijak się nie mają do realnych problemów, z którymi się mierzą. Tropmy błędne rozwiązania systemowe, a nie szukajmy kozłów ofiarnych, patrząc na zachowanie innych przez pryzmat naszej własnej pozycji i zdobytego doświadczenia.

Najwyższy czas odrobić lekcje, które zadała nam epidemia HIV/AIDS dekady temu. Inaczej nie zdamy tego egzaminu.

/