SNOBISTYCZNO-PRETENSJONALNY FELIETON GRAFOMAŃSKO-PLOTKARSKI

Bogusław Habrat

/

Nie jest to wielce odkrywcze, że świat z perspektywy horyzontalnej wewnątrzłóżkowej jest nieco ograniczający. Tym bardziej, gdy uwaga jest skupiona na niedopuszczeniu do powstawania odleżyn, co grozi półgłosem wypowiadanymi uwagami o niechlujstwie, degradacji, inwolucji i podobnymi impertynencjami łączącymi elementy estetyki i spojrzenia biologiczno-dyssolucyjnego etc. U osób takich jak ja, czyli o skłonnościach do katatonii hipokinetycznej, ograniczenia aktywności spowodowane zewnętrznymi reżimami sanitarnymi powodowały tylko radość, że nie trzeba się tłumaczyć z niechęci do spacerów i kontemplowania przyrody. Ale wszystko, co dobre, ma swój koniec i mimo, że się o tym wie, to się jest zaskoczonym, że muzyka inna-niż-na-żywo staje się cosik mało orgazmiczna.

W zamyśle felieton miał być histerycznie nadentuzjatyczny w opisywaniu zalet Dolby Atmos (filmy) i kolumn, co to pisanie o tych w cenie poniżej czterech tysięcy (za jedną) jest zawracaniem głowy, ale w międzyczasie mi się odmieniło. Z drugiej strony już wiem, że moja noga (nie mówiąc nawet o dwóch) w żadnych salach koncertowych i operowych już nie zagości. Trochę z obawy o złapanie nieswojego RNA (bardzo się uczepiłem teorii, że pojedynczymi wirusami nie można się zarazić, tylko tzw. „load”, czyli dużą ich porcją, skumulowaną w zamkniętych pomieszczeniach), a bardziej pokowidową atmosferą tych sal.

Szczury testują nowe przestrzenie wysyłając najsłabsze osobniki na zwiad. Takoż i my zrobiliśmy, delegując dr S. na sale koncertowe i operowe w czasach, gdy jeszcze coś przedstawiano i radośnie naginano zdrowy rozsądek i furtkowano prawo rozsadzając przerażonych widzów w kratkę lub inny absurdalny epidemiologicznie wzorek. Mimo godnej pozazdroszczenia kultury, dr S. wyjęła smartfonika i sfilmowała koszmar koncertu przy pokratkowanej widowni. Przerażające… Opanowując drżenia emocjonalne chciałem uspokoić się kanałami: mezzo i mezzohd, które przez pewien czas bojkotowałem za nadmierny sponsoring Gazpromu i przekształcenie tych, kosmopolitycznych w treści, a frankofońskich w formie, kanałów we frankojęzyczną propagandę przedstawiającą muzykę jako obszar kultury rosyjskiej z pobłażliwym dodawaniem muzyki reszty świata jako swoistej ciekawostki. Na zasadzie: „A to i w Niemczech i we Francji też komponowano? Interesujące…”. Wietrzenie magazynów z nagraniami z czasów przedkowidowych przerwano niesamowitym występem orkiestry kameralnej rozsadzonej wg standardów przeciwinfekcyjnych i dyrygowanej przez dyrygenta bez maski z postsowieckiego obszaru kultury muzycznej. Koncert był fascynujący, m.in. dlatego, że coś wisiało w powietrzu, jak czechowowska strzelba. I wypaliło w finale: koncert był bez publiczności, co samo w sobie nie jest ewenementem (wygaszenio-wyciszenie i miejsce na napisy z listą płac), ale dyrygent zaczął kłaniać się pustym i niemym pod względem klaskaniowym krzesłom z ekstatycznym uśmiechem świadczącym o odczuwaniu tej-jednej-jedynej-unikalnej-i-niepowtarzalnej jedności przeżyciowej. Ciary na plecach, gałka histeryczna w gardle i chłodne racjonalne postanowienie o nieuczestniczeniu w Nowym. I dodatkowe dwie kapsułki witaminy D3.

Moja Odwzajemniona Wielbicielka z Krakowa (jedyna w Polsce) nieopatrznie onegdaj pożyczyła mi sfilmowaną „Aidę” z koszmarnym wystawieniem Sofii Loren jako aktorki podkładającej twarz i ciało pod głos niesamowitej Renaty Tebaldi. Szczerbaci zgrzytali zębami, łysym włosy stawały dęba, impotentom też coś, tylko nie wiem co, bo nie dopytywałem. No cudeńko. Tylko zripować (osobom kulturalnym, a nienawykłym do ripowania, wyjaśniam, że nic w tym wulgarnego). Ale nie poradziłem sobie. Mój mistrz ripowania (j.w.) dr S. odmówił mi przysługi zasłaniając się niechęcią do obcowania z prawie-człowiekiem-z-grupy-podwyższonego-ryzyka-recepcji-wirusowej. Natomiast Wielbicielka Odwzajemniona z Krakowa z tych samych powodów zwiększonego ryzyka zażądała natychmiastowego odesłania nagrania. To możliwe tylko w Krakowie…

Chciałbym darmowo (!) lokować produkt: „Maksymiuk. Koncert na dwoje”.

A do dojrzewających wędlin polecam ciężkie (w sensie: nieprzepuszczających światła edisonowskiej żarówki), mało znane wina macedońskie o trochę pretensjonalnych nazwach.
Dzięki Igor!

/