AUTOBUSOWE SUPER-WIZJE

Łukasz Święcicki

/

Od wielu lat mam zwyczaj rano, podczas spaceru z Borysiem (psem, który jak wiadomo nie jest moim psem, a w każdym razie nie bardziej, niż ja jego człowiekiem), odmawiać dziesiątkę różańca. Przypuszczam, że niektórzy mogą w tym widzieć przejaw dewocji, a inni wręcz przeciwnie – pobożności zbyt małej. Ale ja w ogóle nie chcę o swojej pobożności, więc nie musimy się nad tym zastanawiać. Chodzi raczej o to, że w związku z odmawianiem różańca zetknąłem się z problemem, dotychczas nieobecnym w moim katolickim życiu, pod tytułem „tajemnice różańca”.

Początkowo po prostu odmawiałem sobie różaniec, bez żadnych tajemnic, bo co tam będę przed Bogiem tajemnice robił (uwaga: to żarcik! Wiem, że nie o to chodzi). No, ale w jakimś momencie postanowiłem być bardziej poprawny, przeczytałem całą instrukcję obsługi i zacząłem stosować. Instrukcję znalazłem prawdę mówiąc w internecie, a nie mogąc jej opanować w wystarczający sposób, nabrałem zwyczaju zerkać tuż przed spacerem. No bo przecież na różne dni przypadają różne tajemnice! Co zresztą wydaje się zupełnie sensowne – na przykład piątek jako taki jest dniem dość miłym, bo zwiastuje koniec tygodnia, więc odmawianie tajemnic bolesnych właśnie tego dnia, jest jakby mniej przykre. Oczywiście wiem, że piątek to dzień Męki Pańskiej i właśnie dlatego tajemnice bolesne, ale kto powiedział, że musi być tylko jedna metoda porządkowania?

Oglądając jednak te dni tygodnia i przypadające na nie tajemnice – radosne, świetliste, bolesne i chwalebne – doszedłem jednak wkrótce do wniosku, że nie bardzo czuję taki podział. To znaczy podział jest zasadniczo w porządku, tylko ja się nie do końca w nim mieszczę, bo mi się na te cztery zbiory (tajemnice to oczywiście także zbiory, bardzo mi się w życiu sprawdza podział na zbiory…), nakładają dwa inne zbiory – tajemnice, które mnie niepokoją, i takie, które tego nie robią…

O co chodzi? Już tłumaczę. Na przykład „zmartwychwstanie” – niepokoi mnie, a zesłanie Ducha Świętego – nie niepokoi wcale. Właściwie dlaczego?

Broń Boże nie z żadnych względów teologicznych, nie muszę chyba nikogo zapewniać, że ten tekst nie ma żadnego związku z teologią, chodzi jedynie o jakąś warstwę psychologiczną! Ze zmartwychwstaniem jako takim wszystko jest więc w porządku, to znaczy, że wierzę, iż miało miejsce i rozumiem (o ile to możliwe) jego znaczenie dla zbawienia.

Niepokoi mnie w tej sprawie zupełnie co innego. Zrozumiałem nie tak dawno, że właściwie to chciałbym, oczekiwałbym, że ten Chrystus po zmartwychwstaniu będzie tym samym Chrystusem, którym był przed śmiercią. Że zmartwychwstanie to po prostu takie unieważnienie śmierci. Jak drugie życie w grze komputerowej. Już było źle, a już jest dobrze. Coś takiego jak, do niedawna, wyobrażałem sobie z „życiem po pandemii” – no, że ogłoszą, że się skończyła i płynnie wskoczymy w pierwszy tydzień marca 2020 – wszystko po prostu wróci.

A to raczej tak nie działa, ani ze zmartwychwstaniem, ani z epidemią… Już nawet nie mówię o przechodzeniu przez drzwi (bo przecież przedtem nie przechodził przez drzwi, prawda?), podejrzewam, że z wielu innych powodów, jeśli byłbym Jego uczniem chodzącym z nim po ziemi, to jednak po zmartwychwstaniu spotkałbym niedokładnie tego, którego, jak mi się wydawało, chciałbym spotkać… Jeszcze raz – nie chcę tu mówić żadnych herezji – był tym samym Bogiem i Człowiekiem, ale gdybym był Jego przyjacielem, to pewnie spodziewałbym się po prostu czegoś innego. Z pandemią też się spodziewałem, teraz przestałem i też uważam, że to jest niepokojące. Ciut.

A z zesłaniem Ducha Świętego inaczej – czekam sobie i dostaję coś, co sprawia, że mam teraz większe możliwości. Też takie odczucie z gier komputerowych, dostałem nowe zdolności i jadę dalej. No więc ta tajemnica nie budzi niepokoju.

Czemu właściwie miałoby służyć to dzielenie tajemnic różańca na niepokojące i niebudzące niepokoju? W zasadzie myślałem o czymś bardziej ogólnym. Jak bardzo ja i wiele znanych mi osób, bo nie mam wcale pewności, czy to jest jeszcze bardziej ogólna dyspozycja, spodziewam się, że „wszystko będzie tak, jak było”.

Dostaję teraz często różne ankiety, w których pytają mnie o to, czy sądzę, że po zakończeniu epidemii „będzie tak samo jak przedtem”. Odpowiadam, że nie, ale za każdym razem czuję w sercu żal z tego powodu, że mam rację, i że nie będzie tak jak było. A przecież to jest kompletna bzdura! Gdyby w roku 2020 nie było żadnej epidemii, gdyby w ogóle nic się nie działo i gdyby był to najnudniejszy rok w dziejach ludzkości (chcemy tego??), to i tak w 2021 byłoby inaczej! Przecież takie jest prawo natury. Elementarna fizyka wskazuje, że zmienia się, zmienia i zmienia. Także wtedy, gdy, jak w przypadku Ducha Świętego, dostajemy coś, na co wcale nie musieliśmy zasługiwać i jest to dla nas korzystne. Ale to przecież też zmienia różne rzeczy w nas i wokół nas, i znów jest inaczej.

Stąd propozycja różańcowa – może trzeba dołączyć „tajemnice niepokojące” i rozważyć sobie z rana – czemu mnie one właściwie niepokoją?
I propozycja nieróżańcowa – dla nieodmawiających i dla ateistów albo agnostyków – czy mam złudzenie, że wszystko może być tak samo? Nie mam? A to skąd w sercu ten niepokój? Przecież to prawo natury pani kierowniczko.

PS. Zaprzyjaźniony ksiądz Andrzej, którego z Borysiem pozdrawiamy serdecznie, wydał ekspertyzę, zgodnie z którą jest to jednak tekst teologiczny. Jakiś bardzo profesjonalny teolog, którego nazwisko wyleciało mi z głowy podczas spaceru, napisał w jakimś czcigodnym tekście, że mistyka chrześcijańska tym się właśnie różni od pogańskiej, że nie przewiduje możliwości powrotu do tego co było.

PPS. Wydaje się jednak, że Boryś nie jest katolikiem, ponieważ w NOC Wigilijną nie mówi ludzkim głosem, a tak by robił, gdyby był bardziej wierzący.

/