DOŚWIADCZENIE

Jadwiga Myrtiluk

/

Co roku staję przed pokusą wymyślenia postanowień noworocznych. Dlaczego pokusą? Odpowiedź jest banalna: tylko podczas planowania jest przyjemnie. Potem jest coraz gorzej, zwłaszcza w momencie, gdy okazuje się, że nie udało mi się dotrzymać ani jednego z nich. Łatwo wtedy pomyśleć o sobie, że jest się totalnie beznadziejnym. Ale można na to spojrzeć z trochę innej strony.

Długo zajęło mi dotarcie do faktu, że działam w specyficzny sposób. Specyficzny oznacza dla mnie indywidualny. Oznacza to też, że nie istnieje taki kalendarz czy notes motywacyjny, który pomógłby mi utrzymać życie w ryzach. Że muszę sama kształtować swoje nawyki, a przede wszystkim rozpoznawać, które rzeczy są najważniejsze, co przy schizofrenii wydaje się być bardzo trudne (i takie jest). Planowanie ma sens, nie chcę tego podważać. Mniej sensu ma natomiast narzucanie sobie zadań, które są niewykonalne. I tu próbuję sobie przypomnieć porażki. Sprawy, które zaplanowałam i zawaliłam. Jest ich sporo. Trudno jest nie zawalać, gdy nie można wstać z łóżka z bezsilności bądź przez działanie leków.

Wrócę do planowania. Choroby i jej faz nie można zaplanować. Mamy na nie wpływ, oczywiście. Ale samo powiedzenie sobie: za trzy miesiące uda mi się zejść na niższą dawkę leków nie daje żadnej gwarancji, że to się stanie. I tu można poczuć, że odniosło się totalną porażkę. Bo moje leczenie nie przebiega tak, jak chcę. Bo szybciej chciałabym czuć efekty działania leków. Bo zaplanowałam wakacje, a czuję się fatalnie i nie odczuwam żadnej przyjemności. Bo choroba psuje mi plany. I jakąkolwiek radość.

To są moje wyrzuty wobec samej siebie kolekcjonowane od kilku lat. Ich wachlarz jest szeroki. A z drugiej strony pojawia się jakieś zrozumienie. Nie tylko samej siebie, ale też zrozumienie w postaci akceptacji. Oczywiście, można się wściekać i czuć ogromne rozczarowanie. Ale są inne możliwości. Dlatego wspomniałam o specyficznym sposobie działania. Jest on specyficzny głównie ze względu na to, że wypracowałam go sama. Zaczęłam używać narzędzi proponowanych przez różne osoby. Ułożyłam je w system, który pozwala mi robić małe kroki, a jednocześnie nie bać się przyszłości. Jak to możliwe? Czy schizofrenik tak może? Tak, ale myślę nadal o swoim przypadku i wydaje mi się, że to wymaga ogromu pracy. Widzę drogę, którą przeszłam i ten widok daje mi ogromną siłę. Ale jednocześnie widzę wszystkie zakręty, z których o mało co nie wypadłam. Działo się tak dlatego, że poruszałam się zbyt szybko. I że chciałam prowadzić chorobę, podczas gdy to ona prowadziła mnie.

Czy coś się zmieni? Nie sądzę. Nadal nie będę mogła powiedzieć, że za trzy lata coś tam, a za dziesięć to jeszcze coś. W życiu bez choroby też często nie można tego wypowiedzieć. Albo nawet pomyśleć. W schizofrenii „to skomplikowane” i trochę… niepotrzebne? Może chwila, gdy nie trzeba o tym myśleć jest ważniejsza?

/

Dodaj komentarz