PRZEMYŚLENIA ZESTRESOWANEGO PSYCHIATRY

Ireneusz Cedeński

͢

Nie wiem, czy to nadal aktualne, ale kiedyś, gdy oglądałem w telewizji dobry film dokumentalny o Japonii, dowiedziałem się, że japońska młodzież wśród rozlicznych zajęć obowiązkowych ma lekcje ręcznego sadzenia ryżu. Było to w czasach ogromnych sukcesów gospodarczych tego kraju, który miał mnóstwo pieniędzy, by importować ryż tańszy niż ten, który sam produkował, ale tamtejsze elity władzy chciały, by umiejętności, które decydowały o przetrwaniu poprzednich pokoleń, nie zostały przez młode pokolenie zagubione.

W porównaniu do brodzenia w błotnistych ryżowiskach, nasze jesienne wykopki ziemniaków, na które jeździliśmy w starszych klasach szkoły podstawowej i w liceum wydały mi się całkiem przyjemną rozrywką. Panie nauczycielki kazały nam zbierać dokładnie wszystkie bulwy, niczego za sobą nie zostawiać. Nie spieszyliśmy się więc zbytnio, nieraz rozgrzebywaliśmy gołymi rękami ziemię, by wydostać te, które były przysypane czy nie całkiem wykopane. Można było się przy okazji natknąć na kamień zamiast ziemniaka. Ta nasza praca nie odbywała się pod podobnym hasłem, co praca młodych Japończyków. Polska była krajem na takim etapie rozwoju, że w rolnictwie brakowało zarówno maszyn, jak i rąk do pracy.

Parę lat później, gdy byłem studentem medycyny w smutnych latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, udało mi się w wakacje wyjechać z socjalistycznej Polski do kapitalistycznej Francji i znaleźć tam dorywczą pracę przy zbiorze pomidorów. Moje polsko-ziemniaczane doświadczenie okazało się tam zupełnie bezużyteczne. Wprawdzie pomidor i ziemniak z botanicznego punktu widzenia są ze sobą dość blisko spokrewnione, ale w gospodarce wysoko rozwiniętego kraju kapitalistycznego panowało diametralnie inne podejście do kwestii zbioru. Pole, na które zostałem przywieziony wraz z liczną gromadą sezonowych pracowników rolnych pochodzenia berberyjskiego, wyglądało niemal jak tartanowa bieżnia lekkoatletyczna ‑ były to czerwone pasma usypane z dorodnych i mniej dorodnych owoców, które należało z ziemi podnieść i włożyć do skrzynek. Jakimi regułami rządził się ten sprint, okazało się w momencie, gdy człowiek zwany paysan, czyli niby po naszemu chłop, przywiózł na pole kolorowe skrzynki na owoce. Zawodnicy rzucili się błyskawicznie do przodu wyrzucając jednocześnie daleko przed siebie puste pojemniki, po czym biegając zygzakami pomiędzy „torami” wrzucali do swoich skrzynek największe z pomidorów, które znalazły się w ich zasięgu. Nie muszę chyba dodawać, że ze swoją pojedynczą skrzynką znalazłem się od razu za plecami całej stawki i zbierałem tylko to, co pozostawili prawdziwi sprinterzy, czyli pomidory drobne. Moja skrzynka zapełniała się bardzo powoli, żałośnie powoli. Gdy berberyjska gromada złożona z kobiet, mężczyzn, młodzieży i dzieci znalazła się na mecie (w wymienionej przeze mnie kolejności), czyli na końcu pola, mnie pozostało jeszcze sporo do przejścia. Nie widziałem zresztą powodu by się spieszyć. Mój zbiór był skromny, a pole nadal było usiane pomidorami, tyle że drobniejszymi. Gdy więc mieszkańcy Magrebu, którym zazdrościłem znajomości języka francuskiego, siedzieli odpoczywając na skraju pola, ja snułem się po nim, ciągnąc za sobą swoją ciągle niezapełnioną skrzyneczkę. Gdy pan paysan przyjechał ponownie, tym razem by policzyć wyniki tego indywidualnego konkursu, dałem wreszcie za wygraną. Trochę się dziwiłem, gdy opuszczaliśmy to pole, by pojechać na następne. Było na nim jeszcze całkiem czerwono od pozostawionych pomidorów, a rolnik wcale nie nakazywał nam ich zbioru.

Następnym razem nie popełniłem falstartu i zygzakowałem tak jak wszyscy, ale pomimo mojej dość dobrej sprawności ciągnął się za mną ten polski ogon przyzwyczajenia, by podnieść z ziemi także drobniejsze owoce, więc mój rezultat równał się najwyżej dwóm trzecim wyniku przeciętnego zawodnika berberyjskiego. Jednak Francuz wypłacając mi skromną sumę w prawdziwej walucie pochwalił mnie i poprosił, bym przyszedł nazajutrz.

I oto, po trzech z górą dekadach od tamtych wydarzeń, siedzę za biurkiem, na którym stoi pieczątka z moim nazwiskiem i tytułem „Kierownik Centrum Zdrowia Psychicznego” i myślę: Jak im* to wszystko wytłumaczyć? Z kim mam do czynienia? Czy z duchowymi spadkobiercami polskich chłopów, czy też z odpowiednikami sezonowych robotników rolnych z Magrebu wykorzenionych ze swego dziedzictwa? A może z odpowiednikami tego paysan’a, któremu nieobcy był szacunek dla mozolnej, mało produktywnej pracy, ale który dobrze znał zalety i ograniczenia systemu, gdzie decyduje proporcja indywidualnych korzyści materialnych do nakładu, i w którym przede wszystkim trzeba wyjść na swoje?

Na tym zamierzałem zakończyć ten felieton. Ale kolega redaktor odesłał mi to z adnotacją, że on wprawdzie raczej rozumie symboliczną wymowę tekstu, ale nie jest pewny, czy inni czytelnicy w ogóle pojmą, o co chodzi. Tak więc ci, którzy pojęli, mogą spokojnie przerzucić kartkę, a dla niepojmujących wyjaśniam:

Pole, czyli niwa, to symbol dziedziny, którą się uprawia. W naszym przypadku jest to psychiatria. Praca społeczna przy wykopkach symbolizuje wszelką bezinteresowną, jak byśmy to powiedzieli, niespecyficzną pomoc, która wprawdzie nie wyprowadza z biedy, ale czyni życie znośniejszym i wartym życia. Pole pomidorów to niwa psychiatryczna w społeczeństwie liberalnym. Wygrywają sprytniejsi, żeby nie powiedzieć bardziej bezczelni. Mówiąc jeszcze bardziej otwartym tekstem: pacjenci, którzy z punktu widzenia opłacalności są mniej warci pochylenia się nad nimi, zostają pozostawieni sobie albo w najlepszym razie tym, którzy są mniej sprytni.

Paysan to w naszej dziedzinie może być płatnik, minister, menedżer publicznej lub prywatnej spółki. Ma sporo towaru do zebrania, ale towar ten jest niezbyt cenny. Liczy się pieniądz, który mu pozostaje w kieszeni.

Żeby nie kończyć tak pesymistycznie, chciałbym wyrazić przekonanie, że zbiory cenniejszych jednostkowo płodów ziemi, jak na przykład szlachetnych odmian winogron itp. rządzą się innymi już zasadami. Nie było mnie jednak przy tym. Byłem przy zbiorze zwykłych pomidorów i to, co widzę dookoła, często mi ten zbiór przypomina. A nieustannie przemieszczający się z jednego miejsca pracy do następnego młodzi psychiatrzy przypominają mi sprytnych Berberów, z którymi nie miałem wspólnego języka.

* dyrektorom, menedżerom, lokalnym politykom, młodym lekarzom, psychologom etc.

Dodaj komentarz