CZYTANKI

Andrzej Silczuk

͢

Sołżenicyn – Szuchow

Opowieść dokumentalna noblisty Sołżenicyna zaprezentowana została po raz pierwszy na łamach magazynu „Nowyj Mir” w 1962 roku. Jej pojawienie się wymagało specjalnego zezwolenia, które wydał Nikita Chruszczow ok. 9 lat po tym, jak Aleksander Sołżenicyn odbył wyrok za antyradzieckość (próby zorganizowania ruchu wywrotowego) w obozach (później, do 1956 roku, przebywał na „wiecznym zesłaniu” w Azji Środkowej).

Publikacja opowiadania odbiła się echem na arenie międzynarodowej, z miejsca uruchamiając dyskusję nad systemem represji w państwie totalitarnym. W Polsce ocenzurowane fragmenty opowiadania drukowano w tygodniku „Polityka”. Dopiero w 1989 roku pierwsze wydanie kompletnego „Jednego dnia z życia Iwana Denisowicza” opublikowały ISKRYw doskonałym przekładzie Dąbrowskiego i Lewandowskiej. Wcześniej, na początku lat 80. opowiadanie funkcjonowało w obrocie broszur konspiracyjnych.

Myśli i zdania wypowiedziane przez Iwana Denisowicza Szuchowa zaskakują. Proza Sołżenicyna przełożona na język polski, okraszona zrozumieniem kontekstualnym, zdumiewa swoją… aktualnością. Czytelnik identyfikuje się z postacią więźnia. Podąża za nim od przebudzenia się, do udania na spoczynek (od „około” 5.00 do „około” 23.00, gdyż czasu nie definiuje już zegar, lecz władza radziecka).

Obudzony o „piątej” zmaga się z trudnościami, balansuje na krawędzi pomiędzy tym, czego od niego się wymaga, a tym czego sam wymaga od siebie. Główne cele zredukował do tego, by móc przetrwać. Do następnego dnia. Czytelnik doświadcza szeregu punktów krytycznych, które mogą zaważyć na dalszych losach bohatera. W każdym – zły wybór, natknięcie się na niewłaściwą osobę, „podpadnięcie”, zmierzenie się z konsekwencjami świadomych działań, niezabezpieczenie się łapówkami, zaciągnięcie, spłacenie długu – może mieć fatalne konsekwencje. Drobne sukcesy, wynikające z „kombinowania”, stanowią swego rodzaju premię, korzyść w niekorzystnych okolicznościach. Dziesięć dni karceru to podstawowy wymiar kary. W karcerze łagru katorżniczego ciepły „posiłek” otrzymuje się trzeciego, szóstego i dziewiątego dnia. Pobyt znacząco zwiększa ryzyko trwałej utraty zdrowia i zmniejsza szansę na przetrwanie do końca wyroku. Obok Szuchowa prezentowane są sylwetki więźniów na różnych, swoistych dla opisanych cech osobowości i kontekstu, etapach i możliwościach adaptacyjnych.

Psychiatra – Szuchow

Doświadczenie relacji psychoterapeutycznej to pogłębiony proces towarzyszenia i poznawania. Lata pracy przekładają się na tysiące poznanych historii. Biografie zawierają wiele wspólnych wątków, a doświadczanie pacjenta filtrowane doświadczeniem życiowym terapeuty sprzyja poznaniu. Wzbogaca osobistą wiedzę o kontekst życia pacjenta, jego relacji z otoczeniem. Pogłębieniu ulega wiedza ogólna, również na temat funkcjonowania społecznego w konkretnych grupach zawodowych.

Towarzysząc Iwanowi Denisowiczowi, czytelnik-psychiatra empatyzuje w sposób typowy do towarzyszenia narracji swojego pacjenta. Dostrzega beznadziejność jego położenia, wielkoformatową bezradność i przeżywa drobne sukcesy, które niejako pozwalają mierzyć się z jej skalą, np. gdy Szuchow zdobywa kolejną porcję zupy. Nastrój dramatyczny wybrzmiewa w chwilach, gdy bohater zbliża się do krawędzi, za którą możliwe konsekwencje będą tragiczne i nieodwracalne. Równocześnie sam Szuchow, w sposób przejrzysty prezentuje sylwetki kolejnych otaczających go osób, tworząc obraz środowiskowy, w którym żyje.

Homo corporalis – Szuchow

Zagłębiając się w lekturę Sołżenicyna można dostrzec liczne analogie, styczne do współczesnego funkcjonowania. Mimo upływu czasu, istotnych różnic ustrojowych i kulturowych, trudno uniknąć impresji na temat podobieństw.

Postać Szuchowa funkcjonuje w świecie prostych potrzeb. Realizacji części popędów, sublimacji innych. Utrzymuje powierzchowne relacje na potrzebę chwili, unika kłopotliwych spotkań, ściga się z czasem.

Współcześnie demonizuje się korporacje jako przykład szczególnego środowiska pracy. Mało kto zdaje sobie sprawę, że od lat, w innych obszarach zatrudnienia, stosuje się wiele metod żywcem zaczerpniętych z dużych firm. Budowanie zespołu, wydarzenia cykliczne, fotografie, wyjazdy, aktywności pozapracowe. Ale także modele eksploatacji pracownika. W języku poprawnym – zwiększanie wydajności.

Większość z nas z rozrzewnieniem wspomina czasy (nie tak odległe), gdy w danej firmie, w przypadku lekarzy – oddziale, pracowało o kilka osób więcej. Na skutek redukcji zatrudnienia i początkowej fazy złoszczenia się, doszło do… adaptacji. Bardzo zbliżonej do adaptacji kolegów Szuchowa. Jest jak jest, trzeba pracować i przetrwać.

Współczesny pracownik korporacji adaptuje się do przewlekłego napięcia generowanego m.in. oczekiwaniami. Jego przełożony również zobligowany jest do realizacji podanych mu celów. Tym sposobem układa się struktura firmy, która „realizuje plan”, niczym więźniowie systemu obozowego Iwana Denisowicza. Typowy „łagrowy” przedstawiciel firmy farmaceutycznej cytuje jak mantrę: „jesteś tak dobry jak twoja cyfra”. Ale nie za bardzo dobry. Bo realizacja 105% narzuconej „normy” oznaczać może podniesienie następnej oczekiwanej realizacji planu do tego lub wyższego poziomu.

System premiowy motywuje pracownika. Podobnie działają podwyżki, spodziewane i te zaskakujące. Opcja obiecanej lub osiągalnej „marchewki” (a tam gdzie marchewka, zawsze obok stoi kij) motywuje do większego wysiłku, czasami ryzyka. Szuchow poszukiwał premii w większej porcji lub dodatkowym posiłku. Cieszył się, gdy udało mu się zorganizować do pracy lepszą, bo wyważoną kielnię murarską. Możliwe, że współcześnie dość łatwo przychodzi nam konsumować premie, w myśl „łatwo przyszło, łatwo poszło”. Iwan Denisowicz dzieląc zdobyczne dobra na dzisiaj i na jutro, podpowiada czytelnikowi mądrość łagrownika: „brzuch stary złoczyńca, nie pamięta, co było wczoraj, jutro znów się upomni”*.

Podobne emocje czuje dzisiaj pracownik, któremu pracodawca podnosi standard pojazdu służbowego i cierpi, gdy na skutek cięć w budżecie go zmniejsza. W szpitalach pracownicy doświadczają istotnej poprawy jakości życia, gdy dostają nie 10-letni, lecz młodszy komputer do swojego stanowiska. Iwan Denisowicz ze współwięźniami w podobny sposób cieszą się z prostych rzeczy. Kibicują swoim brygadzistom, by „załatwili” im przydział do mniej ryzykownych zadań, a jakość warunków pracy organizują dzięki rozwieszeniu w oknie schowanej wcześniej rolki papy. By zmniejszyć przeciągi. Podobne sposoby walki o jakość trwania prezentowały pacjentki jednego z oddziałów szpitala, w którym jako student chodziłem na zajęcia kliniczne. Panie zawinięte szczelnie w pościel i koce, na głowach miały (sprawiedliwie podzielony) komplet ochraniaczy na buty za złotówkę. Na pytanie „dlaczego?”, popatrzyły na nas jak na niedorozwiniętych (słusznie!) i jedna z nich wyściubiwszy dłoń spod kokonu wskazała na okno. Faktycznie, przeciąg był niemiłosierny, a zadowolenie na twarzach obrotnych kuracjuszek bezcenne.

Relacje między więźniami opisane przez Szuchowa dotyczyły wspólnoty interesu. Każdy proces realizowany był na bieżąco, na chwilę. Wiadomo było z kim się zadawać, kto zagraża, komu się podlizać, jaką „dziesięcinę” ponosi się od niedoważonej porcji chleba i w jakim celu. Wspólna praca w parze, przy stawianiu ściany muru, współzawodnictwo z inną parą, nie dla wyniku, lecz satysfakcji. Związki „biznesowe” z tymi, którzy dostawali więcej dóbr w paczkach, dobre relacje z przełożonymi.

Współczesny obozowicz wydaje się być rzeźbiony w tym modelu od dziecka. Doświadcza intensywnych, lecz krótkich relacji, w rytmie 3 letnim. To pokolenie wyrosło w systemie kształcenia gimnazjów. A zatem po 3 latach przedszkola, często zmieniało środowisko wchodząc w 3 lata szkolnego etapu nauczania początkowego, 3 lata późnej szkoły podstawowej (w niektórych szkołach na tym etapie profiluje się klasy), 3 lata –

 gimnazjum, liceum, licencjat. Tak ukształtowany model idealnie sprawdza się wśród tego pokolenia, które nie przywiązuje się do stałego miejsca zatrudnienia. To coś, co nie mieści się w doświadczeniu starszych. Pracownik, który nie mając nowej oferty pracy rezygnuje z obecnej, bo „się znudziła”. Bo „pragnie poznawać nowe osoby”, albo czy z przymusu, czy z własnej woli „chce szukać przestrzeni dalszego rozwoju”.

            Istnieją też drobne różnice, na przekór tezie o współczesnym stylu życia korporacyjno-łagrowniczym. Iwan Denisowicz ozięble wyraził dezaprobatę dla popularnych dzisiaj zachowań prozdrowotnych. „Są tacy, co nie mają nic do roboty, tylko z własnej woli biegają na stadionach, na wyprzódki. Ich by tak, diabłów rogatych, pogonić w mróz, po całym dniu pracy, nim jeszcze plecy rozprostują, w mokrych rękawicach, w zdartych walonkach”*.

Epilog – Szuchow

Czytelnik zapoznał się z sylwetką postaci Iwana Denisowicza, jego siłą, sprytem. Obdarzył go sympatią. A może empatią? Poznał skrawek siły i dehumanizacji aparatu represji. Dostrzegł krawędź, po której Szuchow ślizga się każdego dnia, wielokrotnie. Podsumowanie, którym zamknięto opowiadanie dotyczy wymiaru wyroku, jaki otrzymał Iwan Denisowicz. Wyliczono 3650 dni, podobnych lub mniej do tego, którego czytelnik doświadczył wraz z Szuchowem. Plus 3 dodatkowe, ze względu na to, że w czasie wyroku nieszczęśliwie wypadły trzykrotnie lata przestępne. Nadzieję czytelnika zabija podejrzenie, że wraz z upływem tego wyroku dostanie dodatkowe kary. Jeśli przeżyje.

Współczesny człowiek, w pośpiechu, nie zna wymiaru swojego wyroku. Określa swoje cele, dostosowuje się do ram czasowych. Gdy dostrzega refleksję czytelnika Iwana Denisowicza, sięga po tabletkę od swojego psychiatry. Na bezradność. Na poczucie winy. Na beznadziejność. Na Depresję.

* Aleksander Sołżenicyn. Jeden dzień z życia Iwana Denisowicza. Tłum. Witold Dąbrowski i Irena Lewandowska, IKSRY 1989.

Dodaj komentarz