SNOBISTYCZNO-PRETENSJONALNY FELIETON GRAFOMAŃSKO-PLOTKARSKI

Bogusław Habrat

/

„Dorobiłem” „Durandotkę” i, wbrew oczekiwaniom (p. poprzedni netrebek), podobało mi się, choć Ejwazof to nie Domingo. „Echnatona” Glassa miałem oglądać w Kinie „Kijów” w Krakowie, ale los sprawił, że udało się wrócić do Teatru „Studio” w Warszawie. Los był o tyle niełaskawy, że moją towarzyszką był pan dr S. Konserwatywna publiczność podeszła z rezerwą do minimalisty Glassa (było wychodzenie w czasie poprzedniej paraopery „Satyagraha” w 2011 r.). Niby minimalista (choć wg mnie bardziej serialista), mało znani śpiewacy, baba-dyrygent, teksty w językach: egipskim, akadyjskim, hebrajskim, staroaramejskim i ciut w angielskim, „zajawki” (trailery) sugerowały niedookreśloność seksualną… Niepokojąco dopytywano się o czas pierwszej przerwy…

Opera jednak uwiodła chyba wszystkich. Serialistyczne powtórki z konsekwentną rytmiką działały jak miały działać: wprowadzały w trans. Dziwny to był jednak trans, skoro zwracano uwagę (o dziwo: życzliwą) na szczegóły, w tym wspomnianą niedookreśloność. Postać faraona Echnatona jest do dziś jedną z najbardziej zagadkowych w i tak zagadkowym starożytnym Egipcie. Echnaton jako pierwszy wprowadził w Egipcie jednobóstwo, ale i jego posagi i malowidła są inne estetycznie i formalnie od poprzedników i następców. Trwa spór, czy zniekształcenia postaci to tylko maniera estetyczno-symboliczna, czy przejaw choroby. Najwięcej danych wspiera zespół Marfana, inni zwracają uwagę na ginekomastię i sugerują zespół Babińskiego i Fröhlicha (dystrofię tłuszczowo-płciową), dywaguje się też na temat bliżej nieokreślonej aberracji genetycznej, która miałaby powodować nadmierną estrogenizację androgenów. Wszystko nie trzyma się kupy (potomstwo Echnatona były raczej zdrowe, ale już współcześni poddawali w wątpliwość ojcostwo faraona w odniesieniu do co najmniej trojga z sześciorga dzieci, kości przypisywane Echnatonowi miały tak szeroką miednicę, że bez zastanowienia oceniono je jako kości młodej kobiety). Zagadnienie tak pasjonujące, że warto więcej poczytać na ten temat. Jak to było naprawdę – nie wiadomo. Ale opera w sposób artystyczny pokazała te wszystkie niedookreślenia, w czym niemała zasługa niezwykle zaangażowanego kontrtenora Antony’ego Rotha Costanzo, u którego ginekomastia nie wydawała się nienaturalna.

Powodowany głupotą, ośmieliłem się zagadnąć p. prof. P. o prawdopodobne trudności w psychoanalitycznej interpretacji jałowego – wg mnie – libretta i na dodatek podawanego w starożytnych językach przez posągowo ubogomimicznych aktorów. Usłyszałem, że „wprost przeciwnie”, co i tak było mniej dołujące, niż życzliwo-pobłażliwy ton, w którym zostało wypowiedziane.

Zaskakująco dobre przyjęcie „Echnatona” zachęciło widzów do odważniejszego podejścia do „Wozzecka” Albana Berga (z „Lulu” czmychali po pierwszym akcie jak współcześni kapitanowie statków). Szkoda mi tych, którzy nie słyszeli jęku rozpaczy, jaki wydobył się z piersi widzów, gdy wprowadzający oznajmił wolę kompozytora, żeby między aktami nie było przerw. Prawdziwa pułapka! Tymczasem pułapka okazała się zaskakująco ponętna. Wszystko (?) za sprawą reżysero-scenografii. Już dwa razy Kentridge zaskoczył mnie nowoczesnym, dynamicznym wykorzystaniem projekcji wideo (niesamowity „Nos” Szostakowicza z Met 2013 – niestety: tylko na piratach, i niezły – bo inny – „Czarodziejski Flet”). Tym razem trudny w odbiorze „Wozzeck” ukazał się jako dzieło niesamowicie totalnie integralne, gdzie wyróżnianie śpiewu, muzyki, scenografii i libretta wydaje się bezcelowe.

Najkrótszą recenzją „Porgy and Bess” Gershwina niech będzie moje ostentacyjne wyjście po pierwszym akcie. Przecierałem oczy ze zdumienia zdezorientowany, czy jestem na operze czy na kolejnym odcinku „Spraw najcięższej wagi” (serial dokumentalny o zatuczaniu się i przygotowywaniu do operacji usuwania dziesiątków kilogramów tłuszczu). Jak do tego dodamy straszne „koguty” wykonawców (nawet skądinąd lubianego przeze mnie Erica Owensa), to alternatywne spędzenie czasu okazało się nagrodą.

Netrebko korzysta z życia ile się da. W operze występuje rzadko (choć czekamy na „Toscę” w oryginalnie wymyślonym terminie wielkosobotnim), ale Opatrzność skorygowała te niecne plany, płyt nie nagrywa. Dla myszkujących po kanałach muzycznych i internetach radocha ze znalezienia jej występu na otwarciu kompleksu muzycznego „Zagorodie” w centrum Moskwy. Występ taki sobie, ale podziw budzi kolejny rosyjski trochę gigantomaniczny projekt kompleksu muzycznego. Na dodatek zrobionego przez tego samego Toyotę, który projektował akustycznie Elfi w Hamburgu. Polska ma też wspaniałe nowe sale koncertowe we Wrocławiu, Katowicach i Szczecinie (taka jest moja ocenna kolejność akustyki). Ta ostatnia najbardziej prowokująca architektonicznie. Zobaczymy jak wypadnie w oczach psychiatrów w czasie najbliższego, choć przesuniętego, Zjazdu. Czy podgryziona zarazą kultura podniesię się i będzie chciała pokazać swoje oblicze, czy będziemy chcieli masowo mieć kontakt z muzyką, czy tylko będziemy kontemplowali architekturę…?

/

Dodaj komentarz