REZYDENCJA

Anna Szczegielniak

/

Popatrzyłam na pyszny jabłecznik rozłożony nonszalancko na paterze i pomyślałam sobie sięgając w jego stronę: “…ostatni, to już naprawdę ostatni kawałek”. Z głośników sączyła się przyjemna muzyka, za oknem padał delikatny śnieg (który już następnego dnia był tylko pięknym wspomnieniem…).

Moja przyjaciółka z kieliszkiem austriackiego rieslinga w ręku opowiadała mi z zaangażowaniem, jak postanowiła porzucić swoją regularną pracę w biurze ogromnej organizacji pozarządowej i działać lokalnie na rzecz najbardziej potrzebujących grup, rezygnując z bezpieczeństwa etatu w wielkim mieście ze statusem imigrantki, a jednocześnie odnajdując swoje miejsce w nieformalnych grupach i wreszcie znajdując czas tylko dla siebie. Jak postanowiła zadbać wreszcie o siebie i swoje zdrowie. Patrzyłam z niedowierzaniem na jej uśmiechniętą, zrelaksowaną twarz i nie mogłam uwierzyć, że rozmawiam z tą samą osobą, która jeszcze kilka miesięcy temu była cieniem wspaniałej aktywistki, którą poznałam lata temu. Zamiast rozkwitnąć w nowym środowisku, z tygodnia na tydzień przyglądałam się, jak tysiące maili, tabelek w excelu, konferencji telefonicznych (które w gruncie rzeczy mogły być kolejnym mailem), wymaganych uprzejmości i pracy po godzinach odbierały to, co kochałam w niej najbardziej: ducha walki i wiarę w to, co robi. Tymczasem przede mną była znów ta dziewczyna, która potrafiła wyciągnąć każdego uparciucha na ulicę i przekonać do swoich racji. Przelotnie spojrzałam na zegarek, dochodziła 21. Moja koleżanka szybkim ruchem zabrała mi sprzed nosa talerz z resztą kruszonki (a to przecież najlepszy kawałek każdego ciasta!) i zasugerowała, że powinnam łapać już metro, bo to kawałek drogi do mojego hotelu, a muszę o siebie dbać, zrelaksować się przed snem w wannie i poczytać kilka ciekawych artykułów, które podesłała mi w tym tygodniu. Na temat dbania o siebie, rzecz jasna.

Metro było puste, nie licząc kilku turystów ewidentnie przejedzonych sznyclami przygotowywanymi tutaj na sto sposobów i podsypiającą parą lokalsów, która najpewniej intensywnie spędziła kończący się właśnie weekend i przygotowywała się do zbliżającego się wielkimi krokami poniedziałku. Liczyłam więc, że te dwadzieścia minut do centrum spędzę na nadrabianiu zaległości, bo moja skrzynka mailowa pokazywała mi już ponad 300 nieprzeczytanych wiadomości, z czego jakieś 80% wymagało najprawdopodobniej odpowiedzi “na już”. Zanim jednak zatopiłam się w ich treści, oblana zostałam niebieskim światłem ekranu LCD, na którym wyświetlane były reklamy zapewniające mnie, w telegraficznym skrócie, czego mi w życiu do szczęścia brakuje i dlaczego jestem tego warta.

Jeśli nie urodziliście się wczoraj, to najpewniej w ciągu ostatnich kilku miesięcy ktoś zdążył Wam już powiedzieć, że najwyższy czas odpocząć, pójść do fryzjera lub na jogę, kupić sobie ulubione ciasto w najdroższej cukierni albo ściągnąć aplikację na smartfona, która pozwoli Wam nauczyć się oddychać, bo to, co robiliście przez ostatnie 30 lat nie wypada nawet nazywać oddychaniem. Hipnotyczne światło ekranu zdążyło mnie już nawet poinformować, że wyrządza ono szkodę mojej skórze, ale są wspaniałe kosmetyki, które pozwolą mi pracować przy komputerze nawet 16h na dobę i nadal być piękną. Wrzuciłam ich nazwę w wyszukiwarkę i postanowiłam zaszaleć. Co prawda, jeśli je kupię, to najpewniej będę jadła grzanki z masłem do końca miesiąca, ale co tam, czasem trzeba w siebie zainwestować. Muszę przecież naprawdę zacząć dbać o siebie i swoje zdrowie.

Biznes związany z produktami oznaczonymi hashtagiem #selfcare kwitnie. Dostępne jest wszystko, od skarpetek dających nam radość, po warsztaty z ludźmi, którzy za drobną opłatą nauczą nas, jak opanować balansowanie pomiędzy wymagającą pracą a potrzebami osobistymi (swoją drogą, czy faktycznie powinniśmy się uczyć, jak oddzielać te dwie rzeczy, czy może wreszcie mówić o integracji tych dwóch światów w sposób zdrowy i satysfakcjonujący?). Mądre słowa zachęcające do postawienia siebie w centrum naszych zainteresowań powoli zamieniają się w obsesyjne upewnianie się, że każdy z nas wie, jakie czekają go konsekwencje, jeśli tego robić nie będzie. A co z osobami w kryzysie, dla których złote rady na temat konieczności orzeźwiającego spaceru czy przeczytania książki nie tylko nie pomagają, ale wpędzają w jeszcze silniejsze poczucie osamotnienia? Potrzeba nam szerszego spojrzenia na to zagadnienie, zrozumienia, czym jest opieka i wsparcie w ramach naszych małych społeczności, by zapewnić nam środowisko gwarantujące rozwój.

Nie mam nic przeciwko mówieniu o tym, jak ważne jest dbanie o siebie, nie zrozumcie mnie źle. Uwielbiam od czasu do czasu włączyć tryb samolotowy na telefonie i poleżeć na kanapie z plotkarską gazetą, udając przed wszystkimi poszukującymi mnie osobami, że jestem w pracy. Ale czy nie byłoby wspaniale, gdybyśmy zamiast skupiać się na promocji “dbania o siebie” zaczęli żyć w taki sposób, żeby nie musieć uciekać od codzienności?

/

Dodaj komentarz