REZYDENCJA

Anna Szczegielniak

/

Wykład zakończył się z niewielkim opóźnieniem, ale ożywiona dyskusja między uczestnikami a prowadzącym trwała jeszcze w najlepsze, kiedy na ekranie pojawiło się przypomnienie, że za pół godziny zaczyna się bardzo ciekawe webinarium na temat stosowania esketaminy. Już od dawna na nie czekałam, więc tylko spojrzałam na pusty kubek po kawie i zdecydowałam, że przed rozpoczęciem akurat zdążę zrobić sobie kanapkę, a może nawet odpiszę na kilka wiadomości z mojej skrzynki mailowej.

Lista elementów, które regularnie dorzucałam w kalendarzu pod hasłem „samokształcenie”, powoli przestała się mieścić w moim rozkładzie dnia. Dziś „wszystko to, co powinien wiedzieć psychiatra w 2020 r. o leczeniu depresji”, jutro „kobiety w spektrum autyzmu”, a między tym wszystkim nadrabianie sesji, których nie zdążyłam zobaczyć w ramach kongresu ECNP 2020 (miał być Wiedeń, ale pozostaje mi puścić „Nad pięknym modrym Dunajem” Straussa i zjeść resztki Mozartkugeln, które przywiozłam w czasach, gdy paszport nie był najbardziej bezużytecznym dokumentem w wakacyjnym okresie).

Przy tym nie mogę zapomnieć zupełnie o tych wszystkich dodatkowych możliwościach online, które zaczęły pączkować tuż po wybuchu pandemii i atakują mnie za każdym razem, gdy wchodzę na platformy społecznościowe: wirtualne wystawy sztuki, imprezy urodzinowe, wspólne oglądanie filmów, manifestacje, zajęcia taneczne… Koleżanka zapisała się na szkolenie z haftu, kolega za pomocą aplikacji mobilnej uczy się języka. Kompulsywne zapisywanie się na wszelkie wydarzenia w poczuciu, że jeśli po prostu usiądę na kanapie i pozwolę sobie w tych trudnych czasach na odpoczynek, nie tylko ominie mnie dużo (a może wszystko?), ale będę zupełnie bezproduktywna, zaczęło dawać się we znaki. Z drugiej strony, przyznaje się ze wstydem, w połowie wydarzeń ostatecznie i tak nie biorę udziału. W końcu, ile można siedzieć przed ekranem komputera, kiedy wreszcie przestało padać i nieśmiałe słońce wyjrzało zza chmur?

Fear of missing out, w skrócie w literaturze anglojęzycznej występujący jako FOMO (słowo to zostało dodane do słownika oksfordzkiego w 2013 r.), to zjawisko już od dłuższego czasu opisywane w odniesieniu do użytkowników mediów społecznościowych. Chyba każdy, kto chociaż raz usiadł w rozciągniętym, ale bardzo wygodnym dresie na krześle w kuchni, przy równie zwyczajnym talerzu ze śniadaniem, nie planując absolutnie nic na sobotnie przedpołudnie i otworzył mobilną aplikację, z której nagle wyskoczyły kolorowe zdjęcia uśmiechniętych znajomych odkrywających odległe zakątki świata, jedzących w najlepszych restauracjach i trenujących najwymyślniejsze sporty od samego rana, doświadczył tego uczucia. Był to niepokój, że bardziej i mniej znani mi ludzie przeżywają swoje życie lepiej, barwniej, po prostu wartościowo. Do tego otrzymują setki pozytywnych reakcji i komentarzy, kiedy w tym samym czasie moje ostatnie zdjęcie skomentowała córka sąsiadki i mama mojego byłego partnera. Najczęściej jest to tylko chwilowe uczucie dyskomfortu, mijające po wylogowaniu się z platformy społecznościowej. Przecież Ci ludzie też muszą od czasu do czasu zmywać naczynia!

Jednak, jak pokazują badania, u niektórych osób, pod wpływem powtarzających się bodźców dostarczanych za pomocą mediów społecznościowych, może pojawić się z czasem pogłębiające się zwątpienie we własną osobę i własne priorytety. Zapisywanie się na coraz to nowe wydarzenia, angażowanie się w kolejne projekty, a następnie relacjonowanie naszej aktywności w sieci odbywa się kosztem czasu wolnego, snu oraz energii, którą przeznaczylibyśmy na rzeczy naprawdę dla nas ważne. Pojawia się męczące pytanie: w jaki sposób zapewnić sobie tę nieuchwytną równowagę, prowadząc produktywne i pożądane przez innych życie, pozostając przy tym przy zdrowych zmysłach?

W 2019 r. badacze z Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii, Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego oraz panelu Ariadna przy wsparciu Google Polska przedstawili wyniki, które pokazały, że wysoki poziom FOMO może dotyczyć nawet 16% użytkowników sieci w Polsce[1]. Wyższy odsetek znajdziemy u nastolatków i osób młodych, właściwie bez względu na płeć czy miejsce zamieszkania. Co ciekawe, ponad ⅕ badanych z wysokim poziomem FOMO w Polsce prezentuje objawy somatyczne: nudności, wzmożoną potliwość, zawroty głowy czy bóle brzucha. Uzyskane wyniki korelują z niską samooceną respondentów. Dwa lata temu opublikowano badanie, w którym udowodniono, że FOMO jest ważnym czynnikiem wyjaśniającym sposób korzystania przez nastolatków z mediów społecznościowych, choć niekoniecznie musi być predyktorem problematycznego korzystania z Internetu[2].

Wybuch epidemii COVID-19 uniemożliwił egzotyczne wyjazdy, ograniczył hipsterskie brunch’e i selfiki z trenerem personalnym z siłowni przed wyjściem do pracy. Nie doprowadził jednak do zniknięcia FOMO, lecz sprowokował przekształcenie w FONBP (fear of not being productive, czyli strachu przed brakiem produktywności). Media społecznościowe nadal zachęcają do porównywania się do innych. Istnieje ogromna presja, aby każdy „jak najlepiej wykorzystał ten czas”. Próba nadążania za tym, co przedstawiane jest w sieci, bywa zupełnie wyczerpująca. Ratunku nie widać. Pozostaje mi zapisywać się na kolejne webinary i czekać, aż w Internecie pojawi się nowy trend, który przekreśli znak równania pomiędzy relaksem a lenistwem.

/


[1]FOMO 2019. POLACY A LĘK PRZED ODŁĄCZENIEM – RAPORT Z BADAŃ. https://www.wdib.uw.edu.pl/attachments/article/2535/FOMO%202019_Raport.pdf

[2]Franchina V I wsp. Fear of Missing Out as a Predictor of Problematic Social Media Use and Phubbing Behavior among Flemish Adolescents. Int J Environ Res Public Health. 2018;15(10):2319.