MIEJSCA

Ryszard Maciejewski

/

Dlaczego taki tytuł? Ponieważ obie te rzeczy mnie ukształtowały i wzajemnie na siebie oddziaływały. Miejsce, to Szpital Obrzyce k. Międzyrzecza (chociaż gwoli prawdy, to bardzo ważny był też inicjacyjny rok pracy w Dziekance k. Gniezna). Książka, to „Od psychiatrii biologicznej do humanistycznej” K. Jankowskiego. Książka ta m.in. powstawała w Obrzycach i z tego, co tam działo się od początku lat 70-tych, K.Jankowski czerpał doświadczenie i inspirację.

Czas Dyrektorów z Osobowością

Charakterystyczną cechą psychiatrii lat 60 i 70. ub.w. było to, że w tych zgrzebnych czasach funkcjonowało wielu psychiatrów będących dużymi indywidualnościami. Ludzi, którzy mimo, a nawet wbrew – przejawiali ogromną inicjatywę, otwartość intelektualną i organizatorską oraz niezgodę na szarość i beznadzieję. I mimo ograniczeń „nomenklaturowych”, gdy stawali się dyrektorami, to wtedy w ich placówkach coś się działo. Oczywiście, że była też ogromna część szpitali, które nie miały szczęścia do takich dyrektorów. I wtedy panował w nich marazm, a nawet „smród chroniczny”. „To było widać, słychać i czuć…”.

Ja miałem szczęście do tych progresywnych, zaangażowanych Dyrektorów. Rozpocząłem pracę u dyr. M.Jaski w Gnieźnie, który do kontynuacji dokonań poprzedników (choćby M.Piotrowskiego) wprowadził innowacyjną ideę subrejonizacji. Pomogła ona „rozładować” przepełnione szpitale i wprowadziła poczucie odpowiedzialności za efekty leczenia i jego ciągłość.

W Obrzycach już pod koniec lat 50. dyrektor Stanisław Szwedkowicz rozpoczął proces „uwalniania pacjentów” – uwalniania ze specyficznych strojów, murów i krat. Pod koniec lat 60. na oddziałach 2b i 10 realizowano eksperymentalny, innowacyjny program rehabilitacji przewlekle psychicznie chorych, tzw. „amerykański”, pod kierownictwem dr Haliny Szwedkowicz (program był realizowany częściowo na podstawie umowy nr VRA-POL 6/67 uzyskanej z Social and Rehabilitation Service, Departament Zdrowia USA, Waszyngton).

K. Jankowski, prowadząc w ramach tego programu (między innymi w naszym szpitalu) badania nad psychofizjologicznymi następstwami długotrwałego pobytu w tradycyjnym szpitalu psychiatrycznym do swojej pracy habilitacyjnej „Psychofizjologiczne aspekty przewlekłej schizofrenii”, zetknął się z tą pracą oraz tworzonym na oddziale 2 przez dr Aleksandrę Rogowską (wespół z dr Andrzejem Rajewskim) leczeniem psychospołecznym. Dr Rogowska najpierw szkoliła personel w zasadach społeczności terapeutycznej, a następnie stopniowo wdrażano w życie innowacyjne w skali kraju, a nawet Europy, metody funkcjonowania oddziału. Zarówno w formach terapii, jak i wyposażenia oddziału i ubioru. Oddział był wyposażony w tapczaniki, meblowe stoliki przyłóżkowe, foteliki, na każdej sali były lampki przyłóżkowe i lampa stojąca do czytania. Firanki, zasłony, wykładziny dywanowe lub/i parkiety. W pokoju zabiegowym meblowe, kolorowe szafy na leki i sprzęt pielęgniarski. Pielęgniarki bez czepków, lekarze i psycholodzy bez fartuchów itp. A był to nadal subrejonowy oddział przyjęciowy.

Psychiatryczny „psychoboom” lat 70.

O skali innowacyjności metod oddziału nr 2 świadczy też to, że dr K.Jankowski po opublikowaniu rewolucyjnej książki „Od psychiatrii biologicznej do humanistycznej” w 1974 i wywołaniu ogromnego społecznego poruszenia i swoistego „psychoboomu” na psychiatrię, zabrał dr A.Rogowską do Warszawy, gdzie tworzyła i prowadziła przodujący do dziś ośrodek leczenia psychospołecznego SYNAPSIS.

Ze szpitala do Warszawy przeprowadzili się też znani później psychoterapeuci J.Łojak i A.Samson. Dr A.Rajewski wyjechał do kliniki w Poznaniu i został profesorem. I jeszcze szereg innych lekarzy wyjechało do innych miejsc.

Sam K.Jankowski, opisując w książce swoją drogę zawodową, nie ukrywał, że był właściwie psychiatrą „z przypadku” i długo był badaczem, laboratoryjnym psychofizjologiem. Dopiero zbieranie materiałów w kilku szpitalach zetknęło go z pacjentami i skonfrontowało z rzeczywistością polskiej psychiatrii. To wzbudziło w nim opór, sprzeciw typu „tak dalej być nie może” i zrobiło z niego psychiatrę-rewolucjonistę, walczącego o los i podmiotowość chorych psychicznie. Ugruntowało się to podczas stażu w USA, które wtedy przeżywały kontrkulturową rewoltę antypsychiatryczną.

I ta książka, ta filozofia, trafiła na swój czas, na podatną glebę ogólnospołeczną. Psychiatria, transgresje itp. nie były tylko elementem wewnątrzśrodowiskowej dyskusji, ale budziły wtedy ogólnointeligenckie zainteresowanie. Opiniotwórcze tygodniki społeczno-kulturalne (np. „Polityka”, „Kultura”, „Literatura” itp.) pełne były dyskusji o psychiatrii i chorych psychicznie. Ogromną poczytnością i odzewem cieszyły się książki o tej problematyce – od książek A.Kępińskiego poczynając, ale też eseje i dyskusje Marii Janion („Galernicy wrażliwości” i kontynuacje), poprzez odczyty i ksiązki o „dezintegracji pozytywnej” K.Dąbrowskiego, po beletrystykę z hitowym „Szklanym kloszem” S.Plath itp. itd. Oskara otrzymał film „Lot nad kukułczym gniazdem”, a sztuka teatralna święciła triumfy na deskach wielu polskich teatrów. Przedstawienie to zresztą uświetniło Zjazd Psychiatrów w 1979 r. w Krakowie. Można powiedzieć, że wtedy (jak nigdy przedtem i potem) psychiatria i los chorych psychicznie były ikoną popkultury, mieszkańcami masowej wyobraźni.

Dlaczego osiągnięcia tamtych lat nie zostały utrwalone?

Wynikało to z tego, że były one wynikiem pasji, poczucia powinności („że tak dalej być nie może”). Pasji dyrektora Szwedkowicza i jego żony Haliny oraz innych wymienionych i niewymienionych powyżej ludzi. Jednak zabrakło skutecznego wspierania przez system. Mimo, że działania te znajdowały uznanie i wsparcie tak ważnej instytucji jak Instytut Psychoneurologiczny w Warszawie (obecnie Instytut Neurologii i Psychiatrii), który w tamtych czasach miał dużo większą władzę nakazująco-kontrolną niż obecnie. W momencie, gdy zabrakło tych ludzi w szpitalu, osiągnięcia powoli zanikały, chociaż część zasad i stylu działania pozostała i przenikała na inne oddziały.

Szpital ofiarą własnego sukcesu, traktatu wersalskiego i defensywnego systemu

Nowatorskie działania, zaangażowanie, doświadczenie w psychiatrii psychospołecznej, dobra opinia o szpitalu i kadrze, konfrontowane z mizerią głębokiej prowincji, wywoływało drenaż mózgów szpitala. I tak z 36 lekarzy połowy lat 70. po 15 latach było już 12. Nie mogło to się nie odbić na funkcjonowaniu szpitala i trwaniu tego wrzenia intelektualnego. Zwłaszcza, że lata 80. to ogólnopolski „kryzys powołaniowy” w psychiatrii szpitalnej. A system biurokratyczny, który zawsze będzie działał na zasadach „możliwie największej asekuracji”, mnożąc procedury i zarządzenia całkowicie ignorował specyfikę oddziału psychiatrycznego, a zwłaszcza oddziaływań psychospołecznych, zlikwidował wszelkie osiągnięcia „udomowiające”: firanki, zasłony, tapczaniki, lampki nocne, wykładziny dywanowe, a ostatnio nawet biblioteczki oddziałowe!

A co ma traktat wersalski do sytuacji szpitala? Szpital był wybudowany w 1904 roku przez Regencję Poznańską dla pacjentów z tego regionu (powstał on z ziem drugiego rozbioru Polski). Traktatem Wersalskim tylko ziemie okolic Międzyrzecza i Piły nie zostały przyłączone do Polski, a dla Niemiec ten szpital tylko dla tych skrawków był zdecydowanie za duży i był tylko w części wykorzystany. Co gorsza w 1945 roku zachowano „wersalską” granicę i powtórzono to przy podziale administracyjnym w 1997. Obrzyce, które miały rację bytu w dużym województwie poznańskim – jako jedyny szpital na zachód od Poznania – stały się jednym z czterech dużych szpitali psychiatrycznych w słabo zaludnionym woj. Lubuskim, praktycznie będąc mu zbędnym. Bardziej trwały niż rozwijały się, i dlatego sytuację szpitala określam jako „Kronikę zapowiedzianej śmierci”.

„Milczenie jest współwiną”

Na koniec muszę wspomnieć, że to moje Miejsce, to szpital, w którym hitlerowcy na ogromną skalę mordowali swoich, niemieckich, chorych psychicznie. Nie przypuszczałem nigdy, że pytania: jak do tego doszło? jakie były uzasadnienia? jak stopniowo nasilała się ta akcja? stanie się aktualnym memento zmuszającym do ponownej refleksji.

Całe moje życie zawodowe przebiegało w obecności pomnika ponad 10 tysięcy wymordowanych w szpitalu chorych, zwożonych ze szpitali z całej Rzeszy. Pomnik, codziennie obecny, powodował, że ta zbrodnia ulegała zbanalizowaniu. Była przedmiotem różnych rytualnych obchodów i działań.

Od końca lat 70. jednak coraz częściej przyjeżdżali do nas Niemcy (psychiatrzy, ale także inni pracownicy szpitali) odnajdujący ślady swoich byłych chorych. Dowiedzieliśmy się, że w RFN po 1968 roku młodzi ludzie zaczęli natarczywie pytać swoich rodziców i dziadków o wypartą przeszłość. O eksterminację chorych psychicznie także.

Powstał ruch „Milczenie jest współwiną”, który powoli, przełamując niechęć, budził sumienia i doprowadził do zainteresowania tym problemem. Jedna z takich „pokutnych wycieczek” pozostawiła w szpitalu na pamiątkę książkę „Auf dieser schiefen Ebene gibt es kein Halten mehr”. Nie znam niemieckiego, więc sylabizowałem ją ze słownikiem, a tytuł przełożyłem sobie: „Na tej równi pochyłej nie można się już zatrzymać”. Książka ta była dla mnie wstrząsem, gdyż np. były tam umieszczone fotokopie listów i zdjęcia chorych transportowanych na śmierć. Patrząc na odręcznie pisany list i kojarząc obraz czującej, rozumnej, chociaż chorej, osoby ze zgotowanym jej losem, byłem prawdziwie poruszony. Śmierć została odanonimizowana – przez to realna i wywołująca realne współczucie. Setki tysięcy to tylko statystyka.

Za mało miejsca, żeby się rozwodzić, ale ostatnio coraz częściej docierają mrożące krew w żyłach fakty, które wymagają zastanowienia i przeciwdziałania. Zastanawiam się, czy milcząco akceptując „prawo do stanowienia prawa” np. o eutanazji chorych na depresję (jak to ma miejsce np. w Belgii) czy „wspomaganego samobójstwa” (jak np. w Holandii czy Szwajcarii) nie znaleźliśmy się już na tej „równi pochyłej, na której nie można się zatrzymać”? Zwłaszcza, że argumentami jurystycznymi i organizatorskimi usiłuje się ograniczyć, bądź zdezawuować, ośmieszyć prawo do klauzuli sumienia. Na tej równi pochyłej, na której pojawiła się pokusa, żeby lekarską bezsilność i dyskomfort towarzyszenia w cierpieniu zastąpić jakże prostym i „humanitarnym” działaniem – w dodatku z uzasadnieniem, że zgodnie z prawem szanujemy wolną wolę pacjenta.

Chciałbym tylko przypomnieć, że problem eutanazji chorych psychicznie został wywołany przez list ojca ciężko chorego syna do A.Hitlera z prośbą o ulżenie synowi i rodzinie z powodu cierpień i braku nadziei na jakąkolwiek poprawę. List ten formalnie pozostał bez echa. Co ciekawe, pod żadnym aktem związanym z eutanazją nie figuruje podpis Hitlera. Trudno jednak przypuszczać, żeby tak wielka akcja przebiegała bez jego wiedzy i zgody. Była wykonywana z zachowaniem tajemnicy i kamuflażu. Widocznie uznał, że znaczna część niemieckiego społeczeństwa jest nadal poważnie „skażona” chrześcijańskimi zasadami, żeby bez szemrania godzić się na swoisty holocaust swoich bliskich. Była jednak prowadzona szeptana propaganda o „życiu niegodnym życia”, a następnie o „bezproduktywnych zjadaczach chleba”.

Tak to od empatycznych uzasadnień ulżenia w beznadziejnym cierpieniu przechodzono, poprzez eugenikę, do uzasadnień ekonomicznych.

Na jakim etapie świadomości społecznej obecnie jesteśmy?

/