PRZEMYŚLENIA ZESTRESOWANEGO PSYCHIATRY

Ireneusz Cedeński

/

Na moim biurku leży pistolet. Mały pistolecik, a właściwie to termometr w kształcie małego pistolecika. Codziennie rano podchodzę do lustra i przykładam go sobie do głowy, po czym naciskam spust. Po obejrzeniu wyniku pomiaru odkładam pistolecik na biurko i wychodzę do chorych.

Dziś jest dobry dzień. Wskazanie termometru to 36,9. Jak zwykle trochę się gorączkuję na myśl o czekających mnie wyzwaniach. Gdybym na przykład medytował rano albo uprawiał jogę, pewnie mój podstawowy metabolizm obniżyłby się. Ale właśnie dziś dowiedziałem się, jadąc autem do pracy, że szpital jednoimienny, z którego rejonu przywożą nam pacjentów, ma wkrótce przestać być jednoimienny. Dyrektor tego szpitala wyjaśnił wprawdzie, że nie od razu i nie całkiem. Powiedział, że ma to teraz być szpital częściowo jednoimienny, ale dla mnie to zawsze jakiś postęp.

Teraz, gdy jestem już po pracy i wypoczywam, to wyrażenie „częściowo jednoimienny” budzi we mnie rozmaite skojarzenia. Czy to oznacza rozwój, czy chylenie się ku upadkowi? To jakby mały krok w kierunku: „bezimienny”. Jest tam podobno tylko kilkoro pacjentów. Kilkoro chorych w wielkim gmachu. A u nas – przeciwnie. Tłoczno, duszno i nerwowo. Pacjenci odcięci od kontaktów z rodzinami, od wolnych wyjść, od przepustek.

Miało być tak, że to oni, jednoimienni mieli przyjmować naszych pacjentów z podejrzeniem infekcji. Nawet przyjęli paru. Na podejrzeniach na szczęście się skończyło. A my w zamian mieliśmy przyjmować chorych z ich terenu bez podejrzenia infekcji. No i przyjmujemy. Przeważnie są to pacjenci agresywni, są też z deklaracjami samobójczymi, czyli autoagresywni. Spokojnych ludzi wśród nich nie ma. Kto by tam chciał w niespokojnych czasach wieźć się do obcego miasta i dać zamknąć w zatłoczonym oddziale bez najmniejszych nawet wygód? Są więc sami niespokojni, tutejsi i nietutejsi. Znajomi i zupełnie nieznajomi. Wstyd się przyznać, ale niektórzy z nich, szczególnie na początku, plują na nas. I to tacy, po których bym się tego nie spodziewał. Z pozoru kulturalni, nawet wykształceni. Gdy trzeba, nosimy te maski i przyłbice, żeby zbyt łatwo nas nie opluli, nie zarazili. Ale niesmak pozostaje. I obawa też. Że się rozniesie. Właściwie to my też jesteśmy szpitalem częściowo jednoimiennym, szczególnie odkąd jednoimienni powiedzieli, że teraz będą przyjmować tylko pacjentów z potwierdzonym zakażeniem. Może w ten sposób chcą sobie zapewnić obłożenie? Bo jak byśmy tak poczekali z zakażonym na wynik, to pewnie wkrótce przyjęliby pozostałych pacjentów, a niedługo potem i personel.

Personelowi zaczęły ostatnio puszczać nerwy. Pojawiły się idiotyczne konflikty, kłótnie „o pietruszkę”.

Powiedziałem tak:
„Jak komuś z was puszczą nerwy i zacznie krzyczeć na kolegę czy kolegów, to niech krzyczy. Nie trzeba w tym przeszkadzać, uspokajać, bo to tylko gorzej denerwuje. Zdrowy człowiek wykrzyczy się i uciszy. Tylko nie wolno krzyczeć na siebie nawzajem. Jedna osoba na raz. Trzeba stać i słuchać. Jak ja się zdenerwuję i zacznę krzyczeć, tak samo postępować”.

Jak na razie pomogło. Przestali się kłócić, a i ja zbytnio głosu nie podnoszę. Ale jak długo to będzie działać?

Powiedziałem więc:
„Jak zauważycie, że ktoś stracił poczucie humoru, nie reaguje tak jak wcześniej na wasze żarty, donieście mi. Wyślę go na zwolnienie lekarskie.”

Potraktowali tę groźbę poważnie i żartują jak dawniej. Ten, co zawsze najwięcej żartuje zaliczył wprawdzie krótki pobyt na kardiologii, ale znów jest z nami i czuje się dobrze.

Trzeba dbać o kondycję psychofizyczną. Wczoraj wybrałem się na przejażdżkę rowerem. Na skrzyżowaniu dotknąłem przycisk, żeby mi się zapaliło zielone światło. Jak tylko to zrobiłem, zaraz zapaliło mi się w głowie czerwone światełko, że przecież nie wiadomo, kto wcześniej naciskał ten przycisk. Co z tego, że nacisnąłem lewą ręką? Gdy potem jakaś meszka wpadła mi do lewego oka, odruchowo potarłem je. Lewą ręką.

Dlatego też dziś rano wziąłem swój pistolecik do prawej ręki i przyłożyłem go sobie do głowy, a ściślej mówiąc prawie przyłożyłem, bo patrząc w lustro wymierzyłem odpowiednią odległość. Potem nacisnąłem spust. Resztę znacie. I tak co rano.

/