PŁYTY, KTÓRE WARTO ZNAĆ

Mirek Sukiennik

/

Phil Collins  „…But Seriously” – Listopad 1989

  1. Hang In Long Enough
  2. That’s Just The Way It Is
  3. Do You Remember
  4. Something Happened On The Way To Heaven
  5. Colours
  6. I Wish It Would Rain Down
  7. Another Day In Paradise
  8. Heat On The Street
  9. All Of My Life
  10. Saturday Night And Sunday Morcing
  11. Father To Son
  12. Find A Way To My Heart

Ostatnio wszystko „kręci się” wokół koronawirusa… Jak powiązać ten temat z muzyką? Na razie nie ma szczepionki, więc o płycie zespołu The Cure napiszę innym razem. Na pewno jednak pandemia, oprócz ogromu pracy dla psychologów i psychiatrów, przyniesie też wzrost biedy i kłopotów ekonomicznych, wybór padł więc na płytę poruszającą ten temat „na poważnie”.

Do połowy XIX wieku prawie cała ludzkość (oprócz kilku procent elity) żyła w ubóstwie i w niskim standardzie ekonomicznym. Dopiero rewolucja przemysłowa, rozwój związków zawodowych oraz upowszechnienie opieki medycznej i ubezpieczeń stopniowo poprawiało sytuację. Dwie wojny światowe i rewolucje nieco spowolniły ten proces, ale od lat 50. XX wieku w zasadzie mieliśmy nieustający czas prosperity i rozwoju. Nawet kryzysy naftowe i finansowe nie zahamowały tego trendu. Rosły dochody ludzi, tworzyła się klasa średnia i szybko rozwijał się cały świat, w tym także niegdyś zacofane kraje Azji, Ameryki Środkowej i Południowej, a nawet Afryki. W roku 2015 tylko ok. 10% populacji świata żyło w ubóstwie. Niestety globalizacja i przenoszenie produkcji do krajów rozwijających się to proces bardziej złożony. Likwiduje biedę w krajach rozwijających się, ale powoduje bezrobocie i napięcia społeczne w krajach bogatych. Tworzy to podatny grunt dla populistów (Trump, Johnson), którzy z zahamowania tego procesu uczynili element swojej polityki. Problem jest jednak bardziej skomplikowany niż się wydaje – czy w gospodarce wolnorynkowej konsument zapłaci za produkt kilka razy więcej tylko dlatego, że wyprodukuje się go w jego kraju? Pandemia jeszcze umacnia pozycję izolacjonistów, co w dłuższej perspektywie może źle się skończyć zarówno dla krajów rozwijających się, jak i wysoko rozwiniętych. Wszystko wskazuje na to, że po bezprecedensowym w historii świata kilkudziesięcioletnim okresie dobrobytu może nastąpić recesja i pogłębienie się nierówności społecznych i ekonomicznych łącznie ze wzrostem biedy w krajach powszechnie uważanych za bogate.

Dawno temu, pisząc o płycie So, opisałem burzliwe dzieje zespołu Genesis i sytuację, gdy dotychczasowy wokalista i autor piosenek zespołu – Peter Gabriel – nagle odszedł, aby realizować projekty solowe. Zespół dał ogłoszenie do gazet muzycznych poszukując wokalisty, ale nikt się nie spodobał i zauważono, że najlepiej radzi sobie dotychczasowy perkusista i okazjonalny drugi wokalista Phil Collins. Co prawda w czasie koncertów śpiewający perkusista stanowił problem techniczny, ale zaczęto zatrudniać drugiego perkusistę, a wtedy, pomiędzy utworami wokalnymi, pojedynki na dwie perkusje w czasie koncertów stały się dodatkową atrakcją zespołu. Co ciekawe, Collins wcześniej został zaangażowany do Genesis także w wyniku konkursu gazetowego. Wygrał go zdecydowanie jak twierdził, dlatego że mógł podsłuchać swoich poprzedników i dokładnie wiedział, gdzie popełniali błędy. Był bowiem perkusistą samoukiem, nie kończył szkoły muzycznej ani nie znał zapisu nutowego. Grał jednak bez przerwy od wczesnej młodości, głównie ze słuchu i stosował własny system zapisu dźwięków. Był pasjonatem rytmu i harmonii dźwięków miał też tzw. słuch absolutny. Jako 18 latek został przyjęty do pierwszego zespołu (Flaming Youth), a już rok później zagrał w utworze samego George’a Harrisona. W końcu, w tym samym roku, został członkiem Genesis, z którym jako perkusista nagrał 4 płyty, a po odejściu Gabriela został głównym wokalistą. Po kilku latach grupę opuścił gitarzysta Steve Hackett i od tego czasu stopniowo zespół traci progresywny charakter i staje się coraz bardziej zespołem pop rockowym. W 1981 roku zaproszono do współpracy producenta Hugh Padhama, który we współpracy z Collinsem zaproponował inne podejście do rytmu i dźwięku, co zaowocowało albumem „Abacab” z hitem tytułowym i „No Reply At All” i dwa lata później płytą „Genesis” z przebojami „Mama” i „Home By The Sea”. W tym czasie Collins zapoczątkował karierę solową. Już wcześniej grywał okazjonalnie w jazzowym zespole Brand X i brał udział jako gość w kilku projektach innych artystów, ale w początku lat 80. napisał kilka utworów, które nie pasowały do ówczesnego brzmienia Genesis. Po rozpadzie małżeństwa, który to fakt bardzo przeżył, nagrał płytę „Face Value” z wiodącym rytmem perkusyjnym i pesymistycznymi tekstami. Wielkim przebojem stała się piosenka „In The Air Tonight” z nowatorskim użyciem specjalnie nagrywanej i bardzo szybko wyciszanej perkusji. Następna płyta „Hello I Must Be Going” z 1982 roku zawierała hit „You Can’t Hurry Love” – cover The Supremes. Collins w tym czasie stał się także cenionym producentem, współpracując m.in. z Fridą z ABBY („I Know There’s Something Going On”), Philipem Bailey’em (ex Earth Wind And Fire ) – duet „Easy Lover”, Ericem Claptonem, Howardem Jonesem. Nagrał też piosenki „Against All Odds” i „Separate Lives” wykorzystane w filmach. Zaangażował się też w projekt Band Aid i zagrał na perkusji w „Do They Know It’s Christmas”. W koncertach Live Aid wystąpił zarówno w Londynie, jak i w Filadelfii (dzięki szybkiemu lotowi przez Atlantyk na pokładzie Concorde’a) prezentując się solo, jak i w duetach ze Stingiem, Led Zeppelin i Ericem Claptonem… W 1985 roku wydał trzecią płytę solową „No Jacket Required”, bardziej pogodną i rytmiczną, z takimi hitami jak „One More Night”, „Sussudio”, „Take Me Home” i „Don’t Lose My Number”, a rok później kolejny album Genesis „Invisible Touch” z tytułowym hitem i przebojami „Land Of Confusion”, „Throwing It All Away”, „Tonight, Tonight, Tonight” i „In Too Deep”. Zagrał też role w filmach, realizując wcześniej niespełnione ambicje aktorskie – wystąpił w odcinku „Miami Vice” i zagrał główną rolę w filmie „Buster”, dla którego nagrał tez hitowe piosenki „Two Hearts” i „A Groovy Kind Of Love”. Liczne nagrody (w tym Grammy), trasy koncertowe, uznanie krytyki, publiczności i środowiska – Collins jest u szczytu sławy jako ikona pop lat 80. I to przy dość mizernych warunkach fizycznych.

W czasie trasy koncertowej po USA, w Waszyngtonie idzie na spacer i zaledwie kilka przecznic od Białego Domu staje się świadkiem sceny, która inspiruje go do napisania utworu „Another Day In Paradise” na nową płytę. Wydana w końcu 1989 roku „..But Seriously” jest sporym zaskoczeniem dla środowiska muzycznego – już wcześniej Collins zwracał uwagę niebanalnymi tekstami, głównie dotyczącymi jego kłopotów małżeńskich, ale na tej płycie porusza tematy polityczne i społeczne oraz znacznie tonuje brzmienie perkusyjne, zwracając się do bardziej akustycznego, balladowego brzmienia. Największy przebój tej płyty „Another Day…” porusza problem bezdomności i znieczulicy charakterystycznej dla współczesnego świata – obraz proszącej o pomoc kobiety i ignorującego ją bogatego przechodnia to na pewno jeden z bardziej poruszających tekstów muzyki popularnej. Czy to na pewno nasz następny dzień w raju – gdy obok tak wiele biedy i bezradności…? Sam Collins stał się obiektem krytyki – ale stwierdził, że to, że jest bogaty, nie pozbawia go prawa do zauważania problemów i ich nagłośnienia.

Sama płyta jest spokojna, stonowana i doskonale słucha się jej dla relaksu i odpoczynku. Stanowi mieszankę różnych stylów – popu, rocka, soul, jazzu i R&B. Rozpoczynające płytę rytmiczne „Hang In…” mówi o spełnianiu swoich ambicji, „That’s The Way” nagrana wspólnie z Davidem Crossy, to utwór antywojenny. Następne trzy balladowe utwory mówią o przemijaniu i nietrwałości związków, kolejny „Colours” porusza problem apartheidu w RPA. Ballada bluesowa „I Wish It Would Rain Down” z piękną gitarą Erica Claptona, to klasa sama w sobie. Potem „Another Day…” i jakże dzisiaj aktualne w USA „Heat On The Streets” – czyli dwa utwory zaangażowane społecznie, potem opowiadająca o zbyt szorstkiej i niewystarczająco bliskiej relacji Collinsa z ojcem „All Of My Life” i „Father And Son” poświęconej własnemu synowi – to dosyć osobliwa mieszanka tematów jak na płytę gwiazdy popkultury… Płytę kończy „Find A Way” zachęcające mimo wszystko do poszukiwania włąsnej drogi życiowej i pielęgnacji uczuć. Płyta pomimo trudnych tematów, muzycznie jest jednak optymistyczna i raczej relaksuje niż przygnębia. Odniosła ogromny sukces komercyjny, a rozpoczęta wkrótce trasa koncertowa „Serious Hits Live” z karuzelą na środku sceny jest uważana za jedną z najlepszych w historii. Następne płyty Collinsa nie powtórzyły już tego sukcesu – wydana w 1991 roku płyta Genesis „We Can’t Dance” odniosła jeszcze spory sukces, ale kilka lat później Phil ogłosił odejście z zespołu. Kolejna, nagrana z innym wokalistą, płyta „Calling All Stations” była naprawdę dobra, ale nie odniosła sukcesu i zespół zawiesił działalność. Phil Collins nagrywał kolejne płyty, eksperymentując m.in. z jazzem i soulem, nagrał też kilka piosenek do filmów Disneya. Genesis powrócił w oryginalnym składzie (Collins, Banks i Rutheford) na pożegnalną trasę koncertową w 2007 roku, czemu zawdzięczamy doskonały, niezapomniany koncert Genesis w strugach deszczu na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Kilka lat temu ukazały się reedycje wszystkich solowych płyt Collinsa z dodatkowymi utworami – na okładkach zastosowano ciekawy pomysł: oryginalne okładki pokazujące twarz Phila pokazano w tych samych ujęciach, ale z aktualnym wyglądem muzyka. Obecnie artysta dochodzi do siebie po trzecim rozwodzie, problemami ze słuchem i złamaniu biodra, ale miejmy nadzieję, że zapowiadane trasy solowe i ponownie reaktywowanego Genesis dojdą jednak do skutku…

Dookoła nas ciągle kłócą się politycy, rośnie niepewność ekonomiczna i napięcia społeczne, ale powoli próbujemy wracać do normalnego życia i może te kilkanaście tygodni wyciszenia i uświadomienia sobie, co jest naprawdę ważne, uczyni nas nieco lepszymi dla siebie i innych. Może pomyślmy chwilę zanim nakrzyczymy na bezdomnego buszującego w śmietniku, zbierającego puszki, butelki i makulaturę czy szukającego czegoś do zjedzenia – jak napisał Collins, to tylko jego i nasz następny dzień w raju, który sami sobie tworzymy…

/