REZYDENCJA

Anna Szczegielniak

/

W dobie pandemii rośnie w nas, pracownikach ochrony zdrowia, niezgoda na wiele. Widzimy trudności w opiece medycznej nad naszymi pacjentami, z którymi musimy sobie radzić zupełnie sami. Widzimy absurdy organizacyjne, o których nie warto już nawet pisać, bo każdy z czytelników może wymienić ich na pęczki. Widzimy zmagania rodzin, które nie tylko nie wiedzą, co robić w sytuacji kontaktu z SARS-CoV-2, ale nie mają pojęcia jak kontynuować terapię bliskich w związku z dawno rozpoznanymi schorzeniami. Ale to nie wszystko.

Jest jeszcze inny rodzaj gniewu i buntu, który rośnie we mnie od dłuższego czasu, a z każdym dyżurem i konsultacją czuję większą potrzebę głośnego powiedzenia o nim. Panująca wokół nas pandemia jedynie wzmaga niesprawiedliwość i dyskryminację w ramach opieki zdrowotnej, z jaką zderzają się nasi pacjenci codziennie, a my bardzo często nie mamy innej możliwości, niż być jej cichymi obserwatorami.

Wyobraźmy sobie taką scenkę: pacjentka lat 68, leczona od wielu lat z powodu przewlekłej choroby niedokrwiennej serca, kilkakrotnie hospitalizowana z tego powodu, do poradni specjalistycznej chodzi regularnie głównie z racji zaangażowania bliskich, samej zdarzało się jej zapomnieć o lekach, bo “ciśnienie było dobre, to po co brać?”. Wcześniej somatycznie niewyrównana, zdarzały się epizody zaostrzeń, dochodziły inne schorzenia i urazy, jednak zawsze odpowiednio zaopatrywane. Pewnego dnia w godzinach popołudniowych pacjentka zaczyna narzekać na ból w pachwinie i ograniczenie ruchomość kończyny dolnej, mówi, że trudno jej się poruszać, zresztą ruch nasila dolegliwości bólowe, a pod koniec dnia zupełnie już przestaje chodzić. Opisane objawy pojawiły się właściwie bez uchwytnej przyczyny; rodzina nie zarejestrowała żadnego upadku, ale też przyznaje, że kobieta spędza sporo czasu sama i ostatnio zdarza się jej już zapominać, co się działo w ciągu dnia. Spanikowana rodzina czyta ulotkę informacyjną z leków przepisanych przez lekarza kardiologa – działania niepożądane brzmią gorzej niż opis choroby podstawowej na wikipedii, pani doktor nie uprzedzała, więc odstawiają pomimo tego, że przez ostatnie 2 lata nie było potrzeby ich nawet modyfikować i skarg ze strony pacjentki nie było. Kobieta pozostaje w łóżku z racji silnego bólu kończyny pojawiającego się przy jej obciążaniu. Po trzech dniach pacjentka zupełnie przestała podejmować jakiekolwiek próby chodzenia, skarży się na utrzymujący się ból, przyjmuje tylko określone pozycje i nie chce ich zmieniać. Zapada więc decyzja wezwania karetki pogotowia ratunkowego. Pierwsza przekazana informacja to oczywiście ta związana z chorobą podstawową, dlatego zupełnie oczywistym wydaje się kierunek najbliższej izby przyjęć szpitala kardiologicznego, gdzie lekarz dyżurny otrzymuje informację, że konsultacji wymaga pacjentka chorująca od wielu lat na przewlekłą chorobę niedokrwienną serca i z powodu powikłań stosowanej farmakoterapii przestała chodzić.

Czy taka sytuacja może mieć w ogóle miejsce? Czy jedno podstawowe rozpoznanie i choroba leczona przez lata może warunkować w sposób bezpośredni jakość opieki zdrowotnej, jaką dany pacjent czy pacjentka otrzyma w przyszłości? Oczywiście. Tylko w tej historii trzeba sobie zmienić kilka drobnych szczegółów. Po pierwsze, pacjentka choruje psychiatrycznie, a nie kardiologicznie; po drugie, rodzina podająca do tej pory zalecane leki nie wie kompletnie, co przepisuje lekarz i dlaczego (do tej pory tabletki funkcjonowały wśród domowników jako te “na chęć życia”, nikogo specjalnie nie interesowało, jak działają); po trzecie ma przecież “eFkę” w papierach i na dodatek jest “nielogiczna” (lepsze niż prezent bożonarodzeniowy, bo gdyby mocno oponowała i dokładnie tłumaczyła, co się wydarzyło, pewnie trudniej byłoby ją tak od razu zdiagnozować…), także co by nie pojawiło się w ramach skarg, ma trafić na oddział psychiatrii. I co najważniejsze, to skoro zdecydowano już zawczasu, gdzie ma trafić, to najlepiej byłoby nie robić jej absolutnie żadnych badań – NFZ doceni, jakbyśmy naszych pacjentów diagnozowali za pomocą magicznej kuli, ewentualnie różdżki… rozmowa też jest w porządku, bo w ostatecznym rozrachunku wypada niedrogo.

W odniesieniu do pacjentów z zaburzeniami psychicznymi używa się pojęć różnego rodzaju “luk” – luka w leczeniu (treatment gap), luka w umieralności (mortality gap), luka w widoczności (visibility gap). Badania naukowe wyraźnie wskazują, że ludzie z ciężkimi zaburzeniami psychicznymi umierają wcześniej, a ich oczekiwana długość życia w stosunku do średniej krajowej skraca się od 10 do 25 lat. Przyczyn jest wiele, zaczynając od zwiększenia częstości przewlekłych chorób somatycznych, takich jak choroby sercowo-naczyniowe czy choroby układu oddechowego (dobrze wiemy, jak trudno namówić pacjenta na próbę ograniczenia palenia tytoniu, podjęcie regularnej aktywności fizycznej czy zrzucenie kilku kilogramów…), przez wyższy wskaźnik samobójstw i gwałtownych zgonów, na niepożądanych działaniach leków kończąc.

Ale to nie wszystko. Jest jeszcze jedna przyczyna tego, że pacjenci z zaburzeniami psychicznymi znajdują się na podium w tej niechlubnej grupie szybszych niż oczekiwane zgonów: ograniczony dostęp do opieki zdrowotnej, zmniejszenie liczby badań przesiewowych i profilaktycznych, a także niewłaściwe przypisywanie zgłaszanych dolegliwości (tzw. diagnostyczne zacienienie). Obecna sytuacja szalejącej pandemii nie pomaga, a jedynie wzmacnia istniejące ograniczenia. Ile razy już słyszałam, że wywiad epidemiologiczny od pacjenta jest niepewny, bo wśród rozpoznań ma to jedno, “moje”… więc zostaje w namiocie. A jeśli chciałabym zlecić jakieś badania, to jasne, proszę, ale nikt do pacjenta nie podejdzie. Bo dziwny. Więc mam zakasać rękawy i pobierać krew sama. Najlepiej na krawężniku parkingu pod szpitalem.

Chcecie znać zakończenie tej – hipotetycznej przecież – historii z początku felietonu? Wymyślonej, podkreślam, bo przecież wszyscy pacjenci w naszym kraju są równi i każda, choćby najmniejsza skarga zawsze jest rozpatrywana z należytą dbałością. Pacjentka była w niepokoju, bólowa, w nieco utrudnionym kontakcie; w badaniu fizykalnym na pierwszy rzut oka rzucała się skrócona kończyna, bolesna przy wykonywaniu ruchu. W RTG złamanie szyjki kości udowej. Żeby zrobić to monumentalne odkrycie, trzeba było odkryć koc, którym pacjentka była przykryta. Nie przyjęłam jej, ku wielkiemu rozczarowaniu całego personelu oddziału ratunkowego. #Zbuntowałamsię.

/