DOŚWIADCZENIE

Jadwiga Myrtiluk

/

W życiu każdego z nas są momenty, gdy jesteśmy zanurzeni w rzeczywistości. Co to oznacza? Że jesteśmy na swoim miejscu, że to, co nas otacza jest ważne, że rzeczy dzieją się harmonijnie i mają swój rytm. Trzy miesiące temu byłam zanurzona. Wydawało mi się, że to, kto jest przy mnie i sprawy, którymi się zajmuję są istotne (i wszystkie są jednocześnie pilne i niemożliwe do odpuszczenia). Był jednak pewien problem – przestałam odczuwać przyjemność. Jeśli można powiedzieć, że pandemia, która obecnie zawładnęła naszym światem podarowała mi coś pozytywnego, to są to dwie rzeczy: czas i przewartościowanie. Możecie się zatem domyślać, że wobec tego wróciła do mnie przyjemność.

Przebywając w domu i pracując w trybie zdalnym szukałam czegoś, co zastąpi choć częściowo moją normalną pracę. Zaczęłam zastanawiać się, co lubię (choć to może głupie), a także, co oprócz pracy daje mi satysfakcję. Okazało się, że mimo wielu zajęć w moim życiu jest pustka. Że siebie okłamuję. Dlaczego dotarło to do mnie akurat w tym momencie? Otóż dlatego, że łatwo jest definiować się poprzez pracę. I jednocześnie uciekać przed chorobą. Mówić, że na nic nie ma się czasu, że ma się milion zadań, budując na tym poczuciu swoją wartość. Wartość, która drastycznie maleje, gdy trzeba zostać w domu.

Wydaje mi się, że osobom chorym jest w takich momentach naprawdę trudno. Rozsypuje się rzeczywistość, przyszłość jest totalnie niejasna, nikt nie jest w stanie udzielić odpowiedzi na pytanie “Kiedy to wreszcie się skończy?”. Poszukiwanie przyjemności w tym trudnym czasie może nasuwać skojarzenie z absurdem. Uważam, że wcale tak nie jest. Godziny poświęcone na terapię mogą przynosić efekty po bardzo długim czasie, w sprzyjającej sytuacji. Godziny spędzone w domu z powodu pandemii przynoszą czas na namysł, na powrót do pewnych rzeczy. Oczywiście, można uporczywie szukać zajęcia, można próbować zaadaptować się do tej sytuacji. Można też pochylić się nad… swoimi brakami, swoją pustką. Dla mnie było to istotne również dlatego, że bardzo dawno temu uznałam, że ogromną wartością w życiu jest ciągłe parcie do przodu. W moim życiu coś po prostu kazało mi przeć. Długo nie wiedziałam, co to może być i dlaczego tak się mnie uczepiło. W czasie pandemii koronawirusa odkryłam, że tym czymś, a raczej kimś, jestem ja. Wynika z tego jasno, że mam nad sobą władzę (czy może kontrolę?) albo siłę sprawczą i to ja decyduję, jakie wrażenia sobie zapewniam. Nie wszystko zależy ode mnie, ale na wiele rzeczy mam wpływ. Również na to, czy moje życie będzie dostarczać mi przyjemności, czy też zupełnie odwrotnie. Czas, który spędziłam na tych rozważaniach uspokoił mnie. Pozwolił (trochę sztucznie, przynajmniej na początku) na nowo zanurzyć się w rzeczywistości, ale zupełnie innej.

Tak sobie myślę, że przyjemność płynie nie tylko z fajnie spędzonych chwil. Może ona pojawić się, gdy jest nam po prostu ze sobą dobrze. Wiem, że brzmi to jak slogan. Jest to celowe. Niektórym ludziom wydaje się to bardzo proste. Ja uważam, że zupełnie nie jest i że każdy z nas inaczej odbiera sytuacje kryzysowe. Nie każdy potrafi się do nich przystosować, zrozumieć je, i nie dotyczy to tylko osób chorych psychicznie, ale tych najzupełniej zdrowych również. Wszyscy potrzebujemy wsparcia, nie tylko osoby opisywane w artykułach o tytułach, które wprawiają mnie w zakłopotanie. Dzieje się tak, ponieważ próbuję dać sobie i innym prawo do zanurzenia się w rzeczywistości w taki sposób, jaki jest dla nich w danym momencie możliwy. Oby ta rzeczywistość za kilka miesięcy przynosiła nam więcej przyjemności.

/