SNOBISTYCZNO-PRETENSJONALNY FELIETON GRAFOMAŃSKO-PLOTKARSKI

Bogusław Habrat

/

Zaklepuję! Zaklepuję, że jako pierwszy opisałem zjawisko psychopatologiczne, które polega na tym, że czasy zarazy wyzwoliły w psychiatrach trudną do pohamowania, relacjonowaną jako wewnętrzny przymus, chęć prognozowania skutków zarazy, zarówno tych bezpośrednich, jak np. zaburzenia lękowe, jak i późnych, tzn. zwiększenia refleksyjności egzystencjalnej. 

To drugie występuje głównie w formie intencjonalnej i „otoczeniowej”, tzn. dość powszechnie uważa się, że to inni powinni zastanowić się nad kruchością życia i zwolnić szaleńcze (rzekomo) tempo funkcjonowania. Tymczasem internet kipi dowcipasami nt. dobroczynności jak najdłuższej pozadomowej pracy zawodowej jako czynnika minimalizującego konieczność relacji z bliskimi, szczególnie małżonkami i dziećmi, co skutkuje w najlepszym razie frustracjami, kłótniami i awanturami.

Jako główny podprądowiec „Psychiatry” postanowiłem jednak doszukać się pozytywnych aspektów zarazy. Pierwszy z nich to downlocking, który stanowi trudnodyskutowalną wymówkę od rehabilitacji ruchem na tzw. świeżym powietrzu mojego starczego przykucia do łoża hefnerowskiego (od Hugha Hefnera). Drugi, istotniejszy, to próby zanegowania ewidentnej niepotrzebności instytucji kulturalnych. Po wybudzeniu z odrętwienia, teatry, filharmonie, opery, muzea i inne nadbudówki życia prawdziwego rozpoczęły akcję podtrzymywania relacji z widzem i zaspakajania jego rzekomych tęsknot za tymi instytucjami. Powstały dziesiątki linków do tzw. „nieprzebranych zasobów archiwalnych”, ale najczęściej poza kurzem niewiele z nich zawierało coś wartościowego lub choćby interesującego. Do tego, nawet szacowne instytucje miały kompromitujące, jak na współczesne czasy, sposoby kontaktu elektronicznego: liczne ograniczenia techniczne, np. tylko transmisje pseudo-live od-do, o określonej godzinie, bez możliwości przerwania oglądania itp.

Na tym tle wyróżnia się Metropolitan Opera, która udostępniła niemal cały swój zarejestrowany repertuar. Za darmo i w prawdziwym streamingu w określone dni (1 doba – 1 opera), a za dolarki – bez ograniczeń. Prawdziwa demokracja: dla ubogich powszechny dostęp, dla bogatych: dodatkowe opłaty za wygodnictwo. Nie jestem pewien, czy zarząd Met nie wpadł w pułapkę złudności przewidywanej kwarantanny postrzeganej jako uciążliwa, ale krótka. Początkowo chyba zakładano areszty domowe na tydzień, dwa, a tymczasem… Ale chłopcy (i, of course, dziewczęta) ciągną honorowo już kolejny tydzień, a inicjatywa obejrzenia prawie całego zarejestrowanego repertuaru jest niezwykle kusząca. Z pilotażowego rozeznania wiem, że nałogowcy zakładali oglądanie wybranych przedstawień, ale większość uległa sile kompulsji i ogląda ciurkiem, co pokazują.

Do tej grupy zaliczam się i ja. Chociaż większość przedstawień mam na BD lub DVD pozyskanych bądź legalnie we wszystkich, bądź legalnie nie we wszystkich krajach, to z przyjemnością oglądam streamingi na 75 calach, z ekstrapolacją do 8K i różnymi HDR-kami jednak ciut poprawiającymi materiał tylko HD. Cudeńka high-endowe wydobywają więcej niż w transmisjach przekazywanych nawet na ulepszonych wersjach projektorów i „dowierniaczy” dźwięku. No, ale paru oper nie widziałem w ogóle. Szczególnie tych wybieranych przez operamanów, a pochodzących z lat przedtransmisyjnych. Są to tzw. przedstawienia legendarne, które na ogół nie zestarzały się w warstwie śpiewaczej, ale śmierdzą naftaliną jeśli idzie o inscenizacje, zarządzanie ruchem, a szczególnie kostiumy. Szczególnie razi postarzanie kostiumami, fryzurami i makijażami już podstarzałych (głównie kilogramowo) div, które odgrywają role dziewiczych podlotków. Tu przekroczono granice między litością a śmiesznością…

Jest to też festiwal Ani N. Niestety, nie ma nagrania jej debiutu w Met, gdzie występowała w „Wojnie i Pokoju”. Ale jest cała reszta, postmodernistycznie przemieszana czasowo, co utrudnia śledzenie fizycznego rozwoju naszej tytułowej bohaterki.

Cudowność streamingu umożliwia robienie sobie antraktów kiedy się chce, tzn. gdy głód pokarmów i wina jest większy niż głód śpiewu i pląsania. Np. dziś „Satyagraha” o wegetariańskim Hindusie idealnie pasuje do filet mignon przygotowywanego metodą niedostępną (tajemnica marynaty!) dla dra S. Do tego eksperyment z praktycznie nieznanym w Polsce pinot noir 2016 z winnicy z Dworów nad Żytawą okazał się niezwykle udany. Jeszcze, żeby w tle nie przynudzano o setkach nowozakażonych i dziesiątkach pechowców z chorobami współwystępującymi… Na szczęście, prezenterzy z wyczuciem nastrojów społecznych mówią o tym z coraz mniejszym przejęciem.

/